Horror, który trwał latami. Gosia przeszła piekło
Przez długi czas nikt nie wiedział, co naprawdę kryje się za zamkniętą bramą jednej z posesji na Dolnym Śląsku. Dopiero nagłe wydarzenie sprawiło, że tajemnica wyszła na światło dzienne, a sprawa, dotąd skrywana w ciszy i strachu, trafiła na salę sądową.
- Od internetowej znajomości do dramatu bez świadków
- Szpital, który przerwał ciszę
- Prokuratura żąda dożywocia. Wyrok już wkrótce
Od internetowej znajomości do dramatu bez świadków
Sprawa, o której informował m.in. portal Super Express, dotyczy Mateusza J., mieszkańca niewielkiej miejscowości Gaiki na Dolnym Śląsku. Według ustaleń śledczych wszystko zaczęło się od znajomości nawiązanej przez internet z kobietą z Leszna. To, co początkowo wyglądało jak zwykły kontakt dwojga dorosłych, szybko przerodziło się w sytuację, której skala i brutalność ujawniły się dopiero po latach.
Prokuratura ustaliła, że kobieta została pozbawiona wolności w lipcu 2020 roku i przez ponad cztery lata była przetrzymywana w skrajnie urągających warunkach. Pomieszczenie gospodarcze, w którym ją zamknięto, nie miało okna, ogrzewania ani dostępu do wody czy toalety. Drzwi zamykane były od zewnątrz na kłódkę. Według aktu oskarżenia mężczyzna znęcał się nad ofiarą fizycznie i psychicznie, a także wielokrotnie dopuszczał się brutalnych przestępstw seksualnych.
Bił po całym ciele i to nie tylko pięściami, ale też gumowym wężem ogrodowym, deską czy drewnianą pałką. Wielokrotnie też brutalnie ją gwałcił - pisze SE.pl
Śledczy podkreślają, że kobieta była w stanie całkowitego podporządkowania i paraliżującego strachu, co tłumaczy, dlaczego przez lata nie zgłaszała swojego dramatu.
Szpital, który przerwał ciszę
Przełom nastąpił dopiero w sierpniu 2024 roku, gdy oprawca zawiózł kobietę do szpitala. To wtedy, po latach milczenia, zdecydowała się powiedzieć prawdę. Jak ustalono, nawet wcześniejsze wyjazdy do placówek medycznych nie kończyły się ujawnieniem przemocy, co według biegłych może świadczyć o głębokim psychicznym zniewoleniu ofiary.
Sprawa trafiła do Sąd Okręgowy w Legnicy, gdzie proces toczył się za zamkniętymi drzwiami ze względu na dobro pokrzywdzonej. Oskarżony nie przyznał się do winy, utrzymując, że wszystkie działania odbywały się za zgodą kobiety. Śledczy i biegli jednoznacznie jednak zakwestionowali tę wersję wydarzeń, wskazując na stan psychiczny ofiary i okoliczności, w jakich była przetrzymywana. Prokuratura podkreśla, że kobieta znajdowała się w szczególnie trudnej sytuacji życiowej i psychicznej, co miało zostać bezwzględnie wykorzystane przez oskarżonego. Zebrany materiał dowodowy, zeznania, dokumentacja medyczna i opinie ekspertów, stworzył obraz długotrwałego i wyjątkowo brutalnego znęcania się.
Prokuratura żąda dożywocia. Wyrok już wkrótce
Prokurator wniósł o wymierzenie Mateuszowi J. kary dożywotniego pozbawienia wolności. Dodatkowo domaga się zasądzenia na rzecz pokrzywdzonej 400 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, a także wieloletniego zakazu kontaktowania się i zbliżania do niej.
Jak podkreśliła rzeczniczka prokuratury Liliana Łukasiewicz w rozmowie z SE, wniosek o tak surową karę wynika z wyjątkowego okrucieństwa czynów oraz ich długotrwałego charakteru. Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną, bo pokazuje, jak długo dramat może rozgrywać się poza zasięgiem wzroku otoczenia. Wyrok w tej sprawie ma zostać ogłoszony 3 lutego. Dla ofiary będzie to symboliczny koniec wieloletniego koszmaru, a dla wymiaru sprawiedliwości - jeden z najpoważniejszych testów ostatnich lat.