Miał na imię Tomek i wracał z przedszkola. Wstrząsające relacje bliskich po tragedii w Warszawie
Warszawa od poniedziałku żyje tragedią, która wydarzyła się na Pradze-Południe. Wypadek na jednym z ruchliwych skrzyżowań odebrał życie dziecku i na zawsze zmienił codzienność jego bliskich. Teraz na jaw wychodzą kolejne szczegóły, które sprawiają, że dramat staje się jeszcze bardziej osobisty i trudny do przyjęcia.
- Zdarzenie, które wstrząsnęło mieszkańcami Pragi-Południe
- Znajomi rodziny ujawniają, jak wyglądał tamten dzień
- Chłopiec miał na imię Tomek. Dom był już bardzo blisko
Zdarzenie, które wstrząsnęło mieszkańcami Pragi-Południe
Do wypadku doszło na skrzyżowaniu ulicy Grochowskiej i Zamienieckiej, w miejscu doskonale znanym mieszkańcom tej części miasta. To okolica, przez którą codziennie przechodzą piesi, jeżdżą tramwaje i samochody, a ruch praktycznie nie ustaje przez cały dzień. Poniedziałkowe popołudnie nie zapowiadało tragedii – było jednym z wielu zwyczajnych dni, które w tej okolicy mijają podobnie.
Dla lokalnej społeczności zdarzenie szybko przestało być jedynie kolejną informacją o wypadku drogowym. Zginęło dziecko, a takie wiadomości zawsze wywołują szczególne emocje. Na miejscu zaczęły pojawiać się znicze i kwiaty, a mieszkańcy Pragi-Południe spontanicznie zatrzymywali się, by choć na chwilę oddać hołd ofierze.
Znajomi rodziny ujawniają, jak wyglądał tamten dzień
Dziennikarze portalu „Warszawa w Pigułce” dotarli do osób znających rodzinę poszkodowaną w wypadku. Z ich relacji wynika, że obecność dziecka i jego mamy na skrzyżowaniu Grochowskiej i Zamienieckiej nie była żadnym odstępstwem od codzienności. Wręcz przeciwnie – była to ich stała trasa, którą pokonywali regularnie.
Znajomi rodziny przekazali, że kobieta z synem wracali w tym miejscu z przedszkola. O tej porze dnia zazwyczaj kierowali się w stronę przystanku tramwajowego, by wsiąść do tramwaju linii 9 lub 3. Był to sprawdzony, dobrze znany schemat, powtarzany dzień po dniu, bez poczucia zagrożenia i bez świadomości, że rutynowy powrót może zakończyć się dramatem.
Chłopiec miał na imię Tomek. Dom był już bardzo blisko
Jak ustalili dziennikarze „Warszawy w Pigułce”, ofiarą wypadku był sześcioletni chłopiec o imieniu Tomek. Rodzina mieszkała niedaleko, za Rondem Wiatraczna. Tego dnia celem było jedynie dotarcie do domu po kolejnym zwyczajnym dniu – po zajęciach w przedszkolu i pracy.
Informacja o tym, jak blisko znajdowało się mieszkanie, sprawia, że tragedia nabiera jeszcze bardziej bolesnego wymiaru. Tomek i jego mama mieli przed sobą krótką drogę, którą przebyli już setki razy. Tym razem los zdecydował inaczej. Chłopiec nigdy nie dotarł do miejsca, które było dla niego bezpieczną przystanią.
Dla mieszkańców okolicy to wstrząsające uświadomienie, że dramat może wydarzyć się na trasie, którą sami codziennie pokonują tramwajami 3 i 9 lub pieszo. Dlatego przy skrzyżowaniu Grochowskiej i Zamienieckiej pojawiają się kolejne znicze, a lokalna społeczność jednoczy się w bólu z rodziną sześciolatka. To już nie tylko informacja o wypadku, ale historia konkretnego dziecka, którego życie zakończyło się zbyt wcześnie.