Ta historia wstrząsnęła Warszawą. Nowe fakty w sprawie śmierci ciężarnej Kaliny
Najpierw był rutynowy zabieg. Potem nagłe pogorszenie stanu zdrowia i pytania, na które długo nie było odpowiedzi. Dopiero teraz zza szpitalnych drzwi zaczynają wyłaniać się szczegóły, które rzucają nowe światło na jedną z najbardziej wstrząsających spraw ostatnich miesięcy.
- Telefon, który przerwał nocny dyżur
- Zabieg, który miał trwać kilka minut
- Sprzęt, serwis i odpowiedzialność
Telefon, który przerwał nocny dyżur
9 grudnia 2025 roku w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny przy ulicy Madalińskiego w Warszawie wydarzyło się coś, co na długo zostanie w pamięci personelu. Późnym wieczorem lekarz dyżurny wykonał nietypowy krok - zadzwonił na policję i zażądał zabezpieczenia sprzętu medycznego z sali operacyjnej. To nie była rutynowa procedura ani standardowa reakcja po komplikacjach zabiegowych. Jak ustaliła Gazeta Wyborcza, anestezjolog obawiał się, że przyczyną dramatu mogło być nieprawidłowe działanie instalacji gazowej.
Z nieoficjalnych informacji wynika, że lekarz podczas znieczulania pacjentki nieświadomie podał jej podtlenek azotu zamiast tlenu. Chciał, aby ewentualne dowody zostały zabezpieczone przez niezależny organ. Funkcjonariusze jednak nie przejęli sprzętu - jak później wyjaśniono, nie mają kompetencji ani specjalistycznej wiedzy, by ingerować w skomplikowane urządzenia medyczne. Ostatecznie to personel szpitala wyłączył salę z użytku i zabezpieczył aparaturę.
Ten moment, telefon wykonany w środku nocy, stał się jednym z kluczowych punktów śledztwa. Pokazuje, że już wtedy lekarz podejrzewał, iż nie doszło do zwykłego medycznego powikłania, lecz do poważnej awarii systemowej.
Zabieg, który miał trwać kilka minut
Pacjentką była Kalina, ciężarna w 14. tygodniu, przygotowywana do krótkiego zabiegu ginekologicznego. Procedura miała być rutynowa i niskiego ryzyka. Po podaniu znieczulenia dożylnego oraz maski z gazem jej stan gwałtownie się pogorszył. Natychmiast rozpoczęto reanimację, a kobietę przewieziono do innej placówki. Mimo intensywnego leczenia zmarła po dziesięciu dniach.
Początkowo dokumentacja medyczna sugerowała zator płucny jako możliwą przyczynę pogorszenia. Lekarze w szpitalu, do którego trafiła pacjentka, szybko jednak wykluczyli taką diagnozę. Dopiero dalsze analizy wykazały, że doszło do odwracalnych zmian w mózgu charakterystycznych dla zatrucia podtlenkiem azotu. To odkrycie całkowicie zmieniło kierunek postępowania.
Śledczy zaczęli badać, w jaki sposób mogło dojść do podania niewłaściwego gazu. Jak podaje GW, rzeczoznawca specjalizujący się w instalacjach gazowych uznał, że pomyłka na poziomie centralnej instalacji szpitalnej jest mało prawdopodobna - końcówki są różnej średnicy i nie da się ich łatwo zamienić. Uwaga skupiła się więc na kolumnie anestezjologicznej, gdzie różnice w złączach są minimalne, a montażem zajmują się serwisanci.
Sprzęt, serwis i odpowiedzialność
Właściciel firmy odpowiedzialnej za serwis aparatury poinformował, że prace naprawcze wykonywano kilka miesięcy wcześniej, w sierpniu 2025 roku. Po ich zakończeniu sprzęt miał zostać przetestowany w obecności techników szpitala. Jednocześnie przyznał, że później przy instalacjach pracowały także inne podmioty, co znacząco komplikuje ustalenie odpowiedzialności. Dlaczego doszło do kolejnych ingerencji i kto dokładnie dokonywał zmian - to pytania, na które śledczy wciąż szukają odpowiedzi.
Sprawa nabiera szczególnego znaczenia również z innego powodu. Lekarze anestezjolodzy często pracują na kontraktach jako podwykonawcy, co rodzi wątpliwości dotyczące zakresu odpowiedzialności szpitala i personelu.
Obecnie postępowanie prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie, a sprawą zajmuje się prokurator wyspecjalizowany w błędach medycznych. Śledztwo ma odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: czy tragedii można było zapobiec i kto ponosi za nią odpowiedzialność. Jedno jest pewne - za zamkniętymi drzwiami sali operacyjnej doszło do błędu, którego skutków nie da się już cofnąć.