Do szkół trafia sprzęt do nauczania zdalnego. Prewencyjne przygotowania na taką ewentualną okoliczność
Nauczanie zdalne nie musi już kojarzyć się z prowizorką. Do szkół jedzie właśnie 100 tys. zestawów do prowadzenia lekcji online – kamery, mikrofony i tablety graficzne za łącznie 122 mln zł. Oficjalnie: na wypadek mrozów, awarii ogrzewania czy fali grypy. Nieoficjalnie: żeby uniknąć déjà vu sprzed lat, kiedy nauczyciele ratowali się domowymi laptopami, a dźwięk przerywał bardziej niż uczniowskie żarty. Sprzęt finansuje KPO, a dystrybucją zajmuje się NASK. Brzmi jak mała rewolucja? Sprawdziliśmy, co dokładnie trafi do klas i kiedy.
Co jedzie do szkół i po co?
Pakiet wygląda jak mini-studio: tablet graficzny do pisania równań i rysunków na żywo, kamera na statywie do pokazywania tablicy i doświadczeń, mikrofon zbierający głosy z całej sali, słuchawki do czystej komunikacji i HUB USB, który spina wszystko w jedną, uruchamianą „na klik” całość. Zestawy są standaryzowane – mają działać z popularnymi platformami do wideolekcji bez doktoratu z informatyki.
Celem jest gotowość „z dnia na dzień”, gdy szkoła z powodu mrozów, epidemii czy awarii ogrzewania zawiesi zajęcia stacjonarne. Przepisy dopuszczają zawieszenie, gdy w salach nie ma 18°C lub przez dwie noce z rzędu łapie –15°C. Decyzję podejmuje dyrektor, zwykle za zgodą organu prowadzącego.
Liczby, które robią różnicę
Skala jest duża nawet jak na polskie realia: 100 tysięcy zestawów do nauki on-line dla uczniów – dostawy ruszają na przełomie 2025/2026. Równolegle powstanie 16 tys. pracowni AI i STEM. Brzmi jak plan minimum po pandemii? Tak, ale wreszcie z budżetem i harmonogramem. To wszystko finansuje Krajowy Plan Odbudowy; przetargi rozstrzygnięto jesienią, a NASK pilotuje wdrożenia przez Ogólnopolską Sieć Edukacyjną. Jeśli harmonogram się utrzyma, pełne efekty zobaczymy w roku szkolnym 2025/26.
Żeby nie było, że to tylko „duże miasta”: zamówienia dzielone są na regiony (NUTS3), więc sprzęt rozchodzi się także do mniejszych gmin, które wcześniej nie miały środków na takie zakupy. To realna szansa, by wyrównać warunki między liceum w centrum metropolii a szkołą w powiecie.
Co to zmienia dla nauczycieli, rodziców i… uczniów z ostatniej ławki?
Po pierwsze – koniec improwizacji. Nauczyciel matematyki pisze po tablecie, a uczniowie widzą cyfry tak wyraźnie, jak z pierwszego rzędu. Na chemii kamera pokazuje doświadczenie, a mikrofon łapie pytania z sali, więc hybryda (część klasy w szkole, część w domu), czy nauka zdalna, wreszcie działa jak należy. Po drugie – powtarzalność: każdy zestaw jest podobny, więc szkolenia i wsparcie mają sens, a nie zaczynają się od „u nas jest inaczej”. Po trzecie – ciągłość: jeśli dyrektor zawiesi zajęcia przez zimno czy epidemię, szkoła nie staje. Zdalne lekcje „startują” bez nerwowego poszukiwania kabli w szafie.
Czy zobaczymy jeszcze słynny chaos z 2020 roku? Trudno o gwarancje, ale tym razem za plecami jest infrastruktura i procedury. Dla rodziców to proste checklisty: sprawny internet w domu, dostęp dziecka do konta na platformie, ciche miejsce do nauki. Resztę – od kamer po szybki start – zapewnić mają szkoły.
Jak podaje portal warszawawpigulce.pl, skompletowano 100 tysięcy zestawów gotowych do nauczania zdalnego, a na ten cel wydano z KPO 122 miliony złotych.