Nowe informacje ws. mamy Madzi z Sosnowca. Pracownicy więzenia ujawniają prawdę
Cała Polska pamięta tę sprawę. Zabójstwo półrocznej Madzi z Sosnowca wstrząsnęło krajem i na zawsze zapisało się w zbiorowej pamięci. Dziś, 14 lat po tragedii, Katarzyna W., znana jako „matka Madzi”, znów budzi ogromne emocje. Tym razem nie chodzi jednak o samą zbrodnię, lecz o pieniądze. Choć sąd obciążył ją gigantycznym długiem, przez lata niemal nic nie oddała społeczeństwu. Dlaczego zaczęła pracować dopiero teraz? I czy to chłodna kalkulacja przed walką o wcześniejsze wyjście na wolność?
- Zabójstwo, które wstrząsnęło Polską. Kim była „matka Madzi”?
- Gigantyczny dług i lata bez pracy. Gdzie były pieniądze?
- „Odkłada sobie wszystko”. Pracownicy więzienia mówią wprost
Zabójstwo, które wstrząsnęło Polską. Kim była „matka Madzi”?
Madzia z Sosnowca żyła zaledwie sześć miesięcy. Jej historia stała się jedną z najbardziej wstrząsających spraw kryminalnych w Polsce po 1989 roku. 24 stycznia 2012 r. Katarzyna W. zabiła własne dziecko, a ciało niemowlęcia ukryła w parku, w miejscu przygotowanym dzień wcześniej. Następnie, z pustym wózkiem, pojechała do rodziców i opowiedziała historię o rzekomym porwaniu.
Przez kolejne dni cała Polska śledziła dramatyczne poszukiwania dziewczynki. Media, policja, wolontariusze – wszyscy wierzyli, że Madzię da się jeszcze odnaleźć. Katarzyna W. w tym czasie próbowała rozpocząć nowe życie, a gdy śledczy zaczęli podważać wersję o porywaczu, przed kamerami zaprezentowała kolejne kłamstwo. Twierdziła, że dziecko wypadło jej z rąk. Prawda była znacznie bardziej przerażająca.
W 2013 r. sąd skazał ją na 25 lat więzienia za zabójstwo, z możliwością ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po 20 latach. Oprócz kary więzienia Katarzyna W. została również obciążona kosztami sądowymi i kosztami akcji poszukiwawczej – łącznie ponad 113 tys. zł. To miała być dodatkowa, realna dolegliwość kary.
Gigantyczny dług i lata bez pracy. Gdzie były pieniądze?
Dziś Katarzyna W., która zmieniła nazwisko na Katarzyna K., przebywa w zakładzie karnym w Lublińcu. Jej dług zamiast znikać, przez lata rósł. Jeszcze w 2024 r. wynosił ponad 145 tys. zł. Obecnie to nadal niemal 140 tys. zł. Przez ponad dekadę odbywania kary praktycznie nie pracowała.
Dopiero w 2024 r. na konto komornika zaczęły wpływać pierwsze pieniądze. Łącznie spłaciła nieco ponad 5,7 tys. zł, co daje średnio niespełna 240 zł miesięcznie. Zdaniem osób znających realia więzienne to absolutne minimum.
– To minimum, które komornik pobiera z jej wynagrodzenia. Nie tak ma wyglądać wykonanie kary. Skazana powinna realnie oddać coś społeczeństwu, a z tego wynika, że przez lata nie oddała praktycznie nic – mówi osoba zajmująca się pracą ze skazanymi.
Eksperci podkreślają, że dziś w zakładach karnych pracy nie brakuje. Program „Praca dla więźniów” sprawił, że bezrobocie wśród osadzonych jest marginalne. – Praca jest dla każdego, choć nie zawsze zarobkowa. Do pracy płatnej w pierwszej kolejności kieruje się osoby z alimentami lub innymi zobowiązaniami sądowymi – wyjaśnia prof. Maciej Bernasiewicz z Uniwersytetu Śląskiego.
Dlaczego więc Katarzyna W. przez lata nie pracowała? Według rozmówców „Faktu” to nie był przypadek.
„Odkłada sobie wszystko”. Pracownicy więzienia mówią wprost
– Znam skazanych, którzy odsiadują po 25 lat i mają na koncie po 100 tys. zł. Pracują cały czas. Nie można mówić, że w więzieniu nie ma pracy – mówi jeden z funkcjonariuszy Służby Więziennej z woj. śląskiego. – Katarzyna W. po prostu odkłada pieniądze na własne konto. Jej nie zależy, by dług się zmniejszał.
Pracownicy więzienia nie mają wątpliwości, że obecna aktywność zawodowa skazanej może być elementem chłodnej kalkulacji. Praca w zakładzie karnym to nie tylko pieniądze, ale też punkty przy ocenie postępów resocjalizacji. To jeden z kluczowych elementów branych pod uwagę przy rozpatrywaniu wniosku o wcześniejsze zwolnienie.
– Praca daje bonusy: dłuższe widzenia, rozmowy telefoniczne, lepszą opinię wychowawcy. Wszystko, co robi Katarzyna W., jest nastawione na maksymalną korzyść przy minimalnym koszcie – ocenia nasz rozmówca.
Z wynagrodzenia skazanych nawet 40 proc. trafia do komornika. Część środków odkładana jest też na tzw. „żelazną kasę”, wypłacaną po wyjściu na wolność. Maksymalnie można tam zgromadzić ok. 4,6 tys. zł. – Skazani często omijają system, przelewając pieniądze na konta rodziny. Po wyjściu mają znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych danych – przyznaje funkcjonariusz.
Wielu zwraca uwagę, że życie „na cudzy rachunek” nie jest dla Katarzyny W. niczym nowym. Jeszcze przed tragedią oszukiwała męża i teściów, twierdząc, że studiuje psychologię i potrzebuje pieniędzy na czesne. W rzeczywistości nie miała nawet matury, a jej długi spłacał mąż, który po rozwodzie wyjechał do pracy za granicę.
Dziś pytanie pozostaje otwarte: czy sąd uzna jej więzienną aktywność za dowód resocjalizacji, czy raczej za cyniczną grę obliczoną na wcześniejsze wyjście na wolność? Jedno jest pewne – dług „matki Madzi” wciąż ciąży, a emocje wokół tej sprawy w Polsce nie gasną nawet po 14 latach.