Potężne osiedle w Hongkongu stanęło w ogniu, ludzie uwięzieni w wieżowcach
Gigantyczny pożar ogarnął mieszkalny kompleks wieżowców w północnej części Hongkongu — w dzielnicy Tai Po. Ogień błyskawicznie rozprzestrzenił się na kilka budynków osiedla Wang Fuk Court, w wyniku czego co najmniej kilkanaście osób straciło życie, wielu zostało rannych, a liczne rodziny do dziś nie wiedzą, czy ich bliscy przeżyli. Wewnątrz wielu mieszkań wciąż mogły znajdować się osoby uwięzione — a to, co działo się na miejscu, przypominało sceny z horroru.
Początek tragedii — ogień pochłania wieżowce
Pożar wybuchł w środę po południu w jednym z bloków kompleksu — osiedla składającego się z ośmiu 31‑piętrowych wieżowców, które razem mieszczą blisko 2000 mieszkań. Wokół kilku budynków rozstawione były bambusowe rusztowania, wykorzystywane do remontów — elementy, które w Hongkongu nadal pozostają powszechne i które, zdaniem wielu świadków, mogły przyczynić się do bardzo szybkiego rozprzestrzenienia się ognia.
Łatwopalna konstrukcja natychmiast przenosiła ogień dalej i dalej. Po chwili żywioł objął niemalże całe osiedle. Mieszańcy byli bezradni, pracujący na miejscu strażacy pomimo heroicznej walki, nie mogli sprostać sile żywiołu. Pożar objął — według wstępnych ustaleń służb — aż siedem z ośmiu bloków. W akcji ratunkowej bierze udział ponad 700 strażaków. Służby próbują ewakuować mieszkańców i dotrzeć do osób, które — jak wynika ze zgłoszeń — mogą być jeszcze uwięzione we wnętrzu.
Horror na żywo — błagania o pomoc i dramatyczne sceny
Z relacji świadków wynika, że wielu mieszkańców próbowało ratować się, wołając o pomoc z balkonów i okien. Relacje świadków mrożą krew żyłach:
Ludzie krzyczeli z okien, machali rękami, błagali o pomoc. A my mogliśmy tylko patrzeć, jak ogień zbliża się do ich mieszkań.
W ciągu minut cały budynek był w płomieniach. Dym był tak gęsty, że nie dało się oddychać, nawet kilkaset metrów dalej.
Choć rozmiar tragedii przeraża, to niektórzy — mimo strachu — próbowali ratować to, co się dało. Starszy mężczyzna, 66‑letni mieszkaniec kompleksu, opisał moment, w którym usłyszał huk i zobaczył ogień:
Usłyszałem bardzo głośny dźwięk i zobaczyłem, jak ogień wylatuje z sąsiedniego bloku. Natychmiast wróciłem, by spakować swoje rzeczy.
Na pobliskich kładkach i chodnikach zbierały się grupy przerażonych ludzi — mieszkańców, którzy uciekli albo nie mogli wrócić do domów, rodzin szukających bliskich, przyjaciół, sąsiadów. Przerażenie, rozpacz, bezsilność — to emocje, które towarzyszyły scenom na miejscu tragedii.
Bilans strat i trwająca niepewność — ofiary, zgliszcza, oczekiwanie
Jak podaje najnowszy raport, potwierdzono co najmniej 13 ofiar śmiertelnych. Wśród nich jest 37‑letni strażak, który zmarł w szpitalu w wyniku odniesionych obrażeń. Jest też wielu rannych — część z nich odniosła poważne oparzenia. Akcja ratunkowa trwa, a służby nie potrafią jednoznacznie określić, ile osób może być jeszcze uwięzionych w środku.
Do pożaru doszło — jak podaje część relacji — na budynkach remontowanych, co rodzi poważne pytania o standardy bezpieczeństwa przy przebudowie osiedli mieszkalnych. Bambusowe rusztowania — choć popularne i tanie — mogą okazać się śmiertelną pułapką, gdy wybuchnie pożar.
Tymczasem rodziny, przyjaciele i całe wspólnoty czekają z nadzieją — albo z obawą. Wieść o żyjących w środku osobach, krzyczących o ratunek, słychać w całym Tai Po.
To przerażające. Jesteśmy naprawdę zdruzgotani. Nie wiem, co teraz robić! — mówił jeden ze zrozpaczonych mieszkańców, obserwując, jak ogień ogarnia jej mieszkanie.
Trwa walka z ogniem i ogromna niewiadoma. Ile osób uda się uratować, ilu nie odnajdą — tego dziś nikt nie wie. W miarę publikacji nowych komunikatów służb będziemy informować o aktualnym bilansie ofiar i sytuacji w osiedlu.