Szokujące wyznanie byłej żony Jacka Jaworka. Przerwała milczenie: "Bałam się, że to my będziemy jego następnym celem"
To nie jest opowieść o jednym dniu ani jednym człowieku. To historia, która narastała latami, pełna sygnałów ostrzegawczych, ignorowanych próśb o pomoc i strachu, który stopniowo przejmował codzienne życie. Była żona Jacka Jaworka w rozmowie z Onetem po raz pierwszy tak otwarcie mówi o tym, co działo się na długo przed tragedią.
- „Przemoc zaczyna się od słów, nie od strzałów”
- „Brak podstaw” - zdanie, które wracało jak refren
- Życie po tragedii. Trauma, która nie znika
„Przemoc zaczyna się od słów, nie od strzałów”
W swojej relacji była żona Jacka Jaworka podkreśla, że przemoc rzadko pojawia się nagle. Najpierw są drobne gesty, kontrola, napięcie, krzyk i poczucie, że każdy ruch może wywołać wybuch.
Dzieci rozpoznawały jego nastrój po dźwięku klucza w zamku - wspomina.
Na zewnątrz jawił się jako człowiek zaradny i lubiany, w domu jednak rządził strachem, poniżaniem i nieprzewidywalnością.
Fizyczna agresja była rzadka, ale psychiczna obecna niemal codziennie. Groźby, manipulacja, szantaż emocjonalny, także z użyciem deklaracji samobójczych, miały utrzymywać rodzinę w stałym napięciu.
On nie lubił odpowiedzialności, ale uwielbiał kontrolę - mówi kobieta.
Nawet po rozpadzie małżeństwa przemoc nie ustała. Rozwód nie był końcem, lecz nowym etapem eskalacji: zabieranie rzeczy, niszczenie mienia, blokowanie dostępu do samochodu, nękanie i ciągła obecność „gdzieś w pobliżu”.
Była żona Jaworka podkreśla, że instytucje traktowały każde zdarzenie osobno: alimenty, włamanie, fałszywe konta w mediach społecznościowych. Nikt nie łączył tych sygnałów w jedną, alarmującą całość.
„Brak podstaw” - zdanie, które wracało jak refren
Jednym z najmocniejszych wątków tej historii jest bezradność wobec systemu. Zawiadomienia były umarzane, zgłoszenia bagatelizowane, a strach sprowadzany do „niskiej szkodliwości czynu”.
Czułam, że system nie rozumie, czym jest nękanie - mówi była żona Jaworka.
Gdy informowała o podejrzeniu posiadania broni, słyszała, że to „tylko wiatrówka”. Gdy prosiła o patrol, odpowiadano, że „nie ma podstaw”.
Momentem granicznym był czas, gdy Jaworek pojawiał się pod jej blokiem, siedząc godzinami w samochodzie.
Bałam się wyjść z domu. Bałam się o dzieci - relacjonuje.
Mimo dramatycznych telefonów i próśb o interwencję, pomoc nie nadeszła. Po późniejszej tragedii kobieta dowiedziała się, że formalnie przez lata miała jedynie status świadka, a nie osoby pokrzywdzonej.
To odkrycie było dla niej ciosem.
Ja nie stałam obok. Ja byłam w środku - podkreśla.
W jej ocenie system reaguje dopiero wtedy, gdy dochodzi do najgorszego, ignorując długotrwały proces przemocy i eskalacji zagrożenia.
Życie po tragedii. Trauma, która nie znika
Po dramatycznych wydarzeniach życie byłej żony Jacka Jaworka i jej dzieci rozpadło się na kilka adresów. Przeprowadzki, zmiany pracy, leczenie psychiatryczne i ciągłe poczucie zagrożenia stały się codziennością.
Trauma nie znika tylko dlatego, że minął czas - mówi.
Nawet w nowym miejscu każdy dźwięk budzi niepokój, a poczucie bezpieczeństwa pozostaje kruche.
Dopiero dzięki wsparciu organizacji pomocowych i prawników udało się uporządkować część spraw formalnych, w tym odebrać Jaworkowi prawa rodzicielskie do najmłodszego syna. Kobieta nie ukrywa jednak, że wiele decyzji przyszło zbyt późno.
Justyna, Janusz i Kuba nie powinni byli zginąć - podkreśla, wracając do tragicznego finału tej historii.
Nigdy nie wierzyłam w to, że popełnił samobójstwo. Cały czas powtarzałam to policji. Bałam się, że to my będziemy jego następnym celem. Jednak z każdym kolejnym miesiącem coraz częściej słyszałam wersję, że pewnie odebrał sobie życie - mówi.
Dziś jej celem nie jest sensacja ani współczucie.
Chcę, żeby gdy ktoś mówi ‘boję się’, był traktowany poważnie - mówi w rozmowie z Onetem.
Jej wyznanie to apel, by przemoc nazywać po imieniu i reagować, zanim kolejne ostrzeżenia znów zostaną uznane za „brak podstaw”.