Wielki sukces Polaków na oczach Karola Nawrockiego. Takich emocji nikt się nie spodziewał!
To był wieczór tylko dla ludzi o mocnych nerwach! Reprezentacja Polski w koszykówce znów zafundowała kibicom horror z happy endem. W Rydze, w meczu o gigantycznym ciężarze, Biało-Czerwoni wyrwali zwycięstwo Łotwie dosłownie w ostatniej akcji spotkania. Na trybunach z zapartym tchem śledził wszystko prezydent Karol Nawrocki, a bohaterem narodowym został Jordan Loyd. Jego rzut za trzy punkty wpadł do kosza równo z końcową syreną!
Bojowe otwarcie i nerwy do przerwy
Polacy jechali do stolicy Łotwy z bilansem dwóch zwycięstw i jasnym celem: zrobić kolejny krok w stronę awansu. Gospodarze mieli jednak własny plan. W Rydze nikt nie wyobrażał sobie porażki przed własną publicznością.
Od pierwszej sekundy było widać, że drużyna prowadzona przez Igor Milicić nie przyjechała tu na wycieczkę. Dynamiczne wejście w mecz, agresywna obrona i szybkie kontry dały prowadzenie 6:0. Wydawało się, że Biało-Czerwoni złapali idealny rytm.
Łotysze szybko jednak otrząsnęli się z pierwszego szoku. Trafiali z dystansu, wygrywali walkę na tablicach i jeszcze przed końcem pierwszej kwarty odwrócili losy spotkania. Po 10 minutach było 23:21 dla gospodarzy. Druga odsłona to dalsza wymiana ciosów, ale z lekkim wskazaniem na Łotwę. Do przerwy Polacy przegrywali sześcioma punktami i musieli szukać nowej energii.
Na trybunach napięcie rosło z każdą minutą. Nikt nie miał wątpliwości — to nie będzie spokojny wieczór.
Kapitan w natarciu, a Loyd rozpalił halę
Trzecia kwarta była popisem charakteru. Do głosu doszedł kapitan Mateusz Ponitka, który brał odpowiedzialność w kluczowych momentach. Walczył o każdą piłkę, wymuszał faule i napędzał kolegów.
Ale prawdziwe show skradł Jordan Loyd. Amerykanin z polskim paszportem był nie do zatrzymania. Trafiał z dystansu, wchodził pod kosz, kończył akcje mimo kontaktu z rywalami. Łotysze próbowali wszystkiego — podwojeń, zmiany krycia, agresywnej obrony — nic nie działało.
Efekt? Polacy odrobili straty i wyszli na prowadzenie. Po trzeciej kwarcie to oni byli bliżej zwycięstwa. Wydawało się, że najgorsze już za nimi.
Nic bardziej mylnego.
3,7 sekundy, które zatrzymały czas
Ostatnie dziesięć minut to był czysty sportowy dramat. Prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Każdy rzut mógł przechylić szalę zwycięstwa. Na 3,7 sekundy przed końcem meczu Polacy przegrywali jednym punktem. W hali panował ogłuszający hałas. Łotysze już czuli wygraną.
Wtedy czas wziął trener Milicić. Tablica taktyczna, kilka szybkich gestów, jedno nazwisko: Loyd.
Piłka została wprowadzona do gry. Krótka zasłona, podanie na obwód. Loyd zrobił zwód, uniósł się nad obrońcą i oddał rzut z dystansu. Piłka leciała w powietrzu w nieskończoność.
Syrena. I… siatka zatrzepotała!
Decydująca „trójka” wpadła idealnie z końcowym sygnałem. 37 punktów Jordana Loyda i eksplozja radości na parkiecie. Polska wygrała z Łotwą 84:82 (23:21, 25:21, 14:24, 20:18), notując trzecie zwycięstwo w kwalifikacjach.
Kibice znów dostali dowód, że ta reprezentacja nigdy się nie poddaje. A jeśli ktoś wyszedł wcześniej z hali w Rydze — może żałować do końca życia.
Kolejna odsłona tego koszykarskiego thrillera już w niedzielę w Gdyni. Jeśli emocje będą choć w połowie tak wielkie jak w Rydze, czeka nas następny wieczór, o którym długo nie zapomnimy.