Była 19:05. W "Faktach" przekazano wstrząsającą wiadomość. "To było rozpaczliwe wołanie"
Niecodzienna akcja ratunkowa w małopolskim Ostrowie wywołała ogromne poruszenie wśród mieszkańców i widzów. W programie „Fakty” relacjonowano dramatyczne wydarzenia nad Dunajcem, które rozegrały się w sobotnie popołudnie. Prowadzący nie kryli zaskoczenia, gdy przedstawiano szczegóły tej niebezpiecznej sytuacji.
- Niespodziewany krzyk przerwał zimową zabawę
- Ratunek w lodowatej wodzie
- Szczęśliwe zakończenie dramatu
Niespodziewany krzyk przerwał zimową zabawę
Wszystko zaczęło się od zwykłej zabawy na sankach. Pan Artur Bryla, strażak-ochotnik z OSP Bogumiłowice, zjeżdżał z 11-letnim synem z pobliskiej górki nad Dunajcem. Nagle usłyszał przeraźliwy krzyk:
– To było rozpaczliwe wołanie: “ratunku, pomocy, kobieta tonie”. Ten głos był naprawdę przerażający. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem – opowiadał w rozmowie z „Faktem”.
Bez chwili wahania ruszył w stronę rzeki, gdzie zauważył kobietę walczącą o życie w lodowatej wodzie, kilka metrów od brzegu.
Ratunek w lodowatej wodzie
Kobieta dryfowała po powierzchni, chwilami znikając pod wodą. Pan Artur próbował ją chwycić, wchodząc na lód z krótką wiklinową gałązką, ale tafla nie wytrzymała i załamała się również pod nim. W tym samym momencie do wody wpadł mąż kobiety, próbując samodzielnie ratować żonę.
– Zostali tam już razem. On był przytomny, trzymał ją, próbował ją podciągać do siebie – relacjonował strażak.
Dzięki dłuższej gałęzi podanej przez pana Artura mężczyzna mógł złapać się ratunku, a strażak, zapierając się nogami o wystający korzeń, wykręcił numer 112, nie przerywając jednocześnie rozmowy z tonącymi i podtrzymując ich na duchu.
Szczęśliwe zakończenie dramatu
Po kilkunastu minutach na miejsce dotarły służby ratunkowe. Strażacy w specjalistycznym sprzęcie wydobyli najpierw 36-letnią kobietę, a następnie 38-letniego mężczyznę. Oboje trafili do szpitala – kobieta z objawami silnej hipotermii, ale ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
– Nie czuję się bohaterem. Wiedziałem tylko, że trzeba reagować. Gdyby nikogo tam nie było, to na pewno doszłoby do tragedii. Jedna ofiara na pewno, a może dwie – mówił pan Artur w rozmowie z „Faktem”.
Okoliczności zdarzenia ustalała policja. Jak przekazał asp. sztab. Paweł Klimek z Komendy Miejskiej Policji w Tarnowie, 36-latka weszła na lód, próbując ratować psa, który samodzielnie wydostał się z rzeki. Pan Artur podkreśla, że jego obecność nad Dunajcem była dziełem przypadku – tego dnia to syn namówił go na wyjście na sanki, które ostatecznie uratowały życie tej rodzinie.