Była 19:10. W "Faktach" przekazano tragiczną informację. "Od lutego stracą pracę"
W “Faktach” o 19:10 przekazano smutną informację. Wadowice w szoku! Decyzja o zamknięciu lokalnej porodówki wywołała protesty mieszkańców i łzy przyszłych mam. Położne od lutego stracą pracę, a pacjentki nie będą mogły rodzić w swoim mieście. Wielu z nich nie ma teraz innej opcji – muszą szukać szpitali w sąsiednich miejscowościach.
- Dramat przyszłych mam i protesty w centrum Wadowic
- Dyrekcja tłumaczy decyzję – liczby nie kłamią
- Kto ucierpi najbardziej? Pacjentki z poważnymi schorzeniami
Dramat przyszłych mam i protesty w centrum Wadowic
Była 19:10, gdy w programie „Fakty” TVN padła wiadomość, która wstrząsnęła całym miastem. Porodówka w Wadowicach zostanie zamknięta. To oznacza, że położne od lutego stracą pracę, a pacjentki nie będą mogły rodzić w swoim szpitalu. W centrum Wadowic natychmiast pojawiły się protesty mieszkańców – tłum krzyczał, trzymając transparenty i wyrażając swój sprzeciw wobec decyzji dyrekcji.
Jedną z najbardziej poruszających historii jest historia Żanety Króliczek, ciężarnej, która nie kryła łez. „Nie mogę rodzić w tym szpitalu… a teraz muszę szukać miejsca w innym mieście. To straszne” – mówiła w rozmowie z mediami. W podobnej sytuacji są także pacjentki chore na raka czy oczekujące na operacje ginekologiczne – dla nich nagłe zamknięcie oddziału oznacza dramatyczne opóźnienia leczenia.
Położne, które całe życie zawodowe poświęciły opiece nad przyszłymi mamami w Wadowicach, również wyrażają swój sprzeciw. „Od kilku dni dowiedzieliśmy się o decyzji. Nikt nie konsultował tego z personelem ani z pacjentkami” – mówi jedna z nich.
Dyrekcja tłumaczy decyzję – liczby nie kłamią
Dyrekcja szpitala tłumaczy swoją decyzję spadkiem liczby porodów. W 2020 roku w wadowickim szpitalu urodziło się 1,5 tysiąca dzieci, w zeszłym roku zaledwie 500. „Ten oddział nie ma szans funkcjonowania. Ten szpital upadnie, jeśli nie podejmiemy radykalnych kroków” – mówi dyrektorka placówki.
Choć liczby są nieubłagane, jej decyzja spotkała się z falą krytyki ze strony mieszkańców i lokalnych mediów. Wielu uważa, że zamknięcie porodówki to uderzenie w serce społeczności, która od lat korzystała z lokalnej opieki medycznej.
Problemem jest też nagłe tempo decyzji. Pracownicy szpitala dowiedzieli się o planach zamknięcia oddziału zaledwie kilka dni temu. Brak wcześniejszych konsultacji budzi frustrację i poczucie bezsilności wśród personelu i pacjentek.
Kto ucierpi najbardziej? Pacjentki z poważnymi schorzeniami
Najbardziej poszkodowane będą ciężarne i pacjentki wymagające pilnej opieki ginekologicznej. Dla wielu z nich przejazd do sąsiedniego miasta oznacza stres, dodatkowe koszty i ryzyko zdrowotne. „Nie mogę zwlekać z porodem, a najbliższy szpital jest kilkadziesiąt kilometrów dalej. To dla mnie ogromny problem” – mówi Żaneta Króliczek.
Niepokój budzi także sytuacja kobiet chorych na raka i oczekujących na operacje ginekologiczne. Nagłe zamknięcie oddziału może oznaczać przesunięcie terminów leczenia, co w przypadku poważnych schorzeń jest krytyczne.
Mieszkańcy Wadowic nie zamierzają się poddać. Protesty trwają, a położne i pacjentki apelują o wsparcie lokalnych władz i ministerstwa zdrowia. Wielu liczy, że decyzja o zamknięciu porodówki zostanie wstrzymana lub przynajmniej opóźniona, aby znaleźć alternatywne rozwiązania dla pacjentek i personelu.