Była 19:21 gdy w "Faktach" podano szokującą wiadomość
Była 19:21, gdy w „Faktach” podano szokującą informację. Andrzej Jeż, biskup tarnowski, stanął przed sądem jako pierwszy w Polsce tak wysoki hierarcha kościelny oskarżony o niezawiadomienie organów ścigania o molestowaniu małoletnich poniżej 15. roku życia. Sprawa wywołała burzę komentarzy i ponownie otworzyła debatę o odpowiedzialności Kościoła za wieloletnie zaniedbania.
- Historyczny proces, który zmienia wszystko
- Dramat ofiar i powracające pytania
- Odpowiedzialność ponad sutanną
Historyczny proces, który zmienia wszystko
Proces, który rozpoczął się dziś przed sądem, już teraz określany jest jako bezprecedensowy w historii polskiego Kościoła.
Dla sądu – biskup, dla prokuratury – oskarżony. Andrzej Jeż odpowiada za, zdaniem śledczych, zbyt późne zawiadomienie o przestępstwach seksualnych wobec dzieci, których mieli dopuścić się dwaj podlegli mu księża w diecezji tarnowskiej - informuje Renata Kijowska, reporterka “Faktów”.
Prawo w Polsce nakłada obowiązek niezwłocznego zgłoszenia takich czynów, jeśli dotyczą małoletnich poniżej 15. roku życia. Tymczasem, jak ustalono, choć biskup miał dowiedzieć się o sprawie w 2019 roku, zawiadomienie do prokuratury trafiło dopiero w sierpniu 2020 roku.
Sam hierarcha broni się, twierdząc, że padł ofiarą paradoksu.
Gdybyśmy nie dokonali tych zgłoszeń, nie byłoby całego tego procesu. Paradoksalnie za gorliwość jestem oskarżony - przekonywał podczas przesłuchania.
Te słowa wywołały jednak falę oburzenia, a sprawa natychmiast stała się jednym z najgorętszych tematów w kraju.
Dramat ofiar i powracające pytania
W centrum procesu są jednak nie przepisy i terminy, lecz dramat skrzywdzonych. Sprawa dotyczy m.in. księdza Stanisława P., którego były uczeń dziś dorosły mężczyzna, kilka lat temu w rozmowie z “Faktami” opisał traumatyczne doświadczenia z lekcji religii.
Przy wszystkich dzieciach ściskał mnie za nogę, żebym nie uciekał, a drugą ręką grzebał mi w spodniach - relacjonował.
Według relacji reporterki, duchowny został później wysłany do Ukrainy, gdzie dramat miał się powtórzyć. To właśnie brak natychmiastowej reakcji i zawiadomienia organów ścigania stał się osią aktu oskarżenia wobec biskupa.
Komentatorzy podkreślają, że sprawa może stać się testem dla państwa i Kościoła w zakresie realnej ochrony dzieci. Głos w dyskusji zabrał m.in. publicysta Tomasz Terlikowski, który ostro ocenił postawę hierarchy, mówiąc, że takie tłumaczenia to „plucie ofiarom w twarz”.
Musi wiedzieć, że w ten sposób, w Środę Popielcową pluje ofiarom w twarz. Biskup jest sądzony za wieloletnie zaniedbania diecezji tarnowskiej także swoje własne - mówił Tomasz Terlikowski.
Emocje wokół procesu pokazują, jak głęboko temat rozliczeń za tuszowanie przestępstw seksualnych porusza opinię publiczną.
Odpowiedzialność ponad sutanną
Eksperci podkreślają, że proces biskupa może wyznaczyć nowy standard odpowiedzialności osób pełniących najwyższe funkcje kościelne. Dotąd sprawy karne dotyczyły głównie bezpośrednich sprawców. Teraz po raz pierwszy przed sądem stanął hierarcha tej rangi, oskarżony nie o sam czyn, lecz o zaniechanie obowiązku zgłoszenia przestępstwa. To istotna zmiana w podejściu do odpowiedzialności instytucjonalnej.
Sprawa diecezji tarnowskiej może stać się precedensem i sygnałem, że prawo świeckie obowiązuje wszystkich - bez względu na godność czy urząd. Niezależnie od wyroku, który zapadnie, już dziś wiadomo, że proces będzie bacznie obserwowany zarówno przez wiernych, jak i środowiska walczące o prawa ofiar przemocy seksualnej.
Dla wielu to moment przełomowy, który pokaże, czy deklaracje o „zero tolerancji” wobec nadużyć przekładają się na realne działania i odpowiedzialność także tych, którzy przez lata stali na czele kościelnych struktur.