Koszmar w warszawskim bloku. Zrozpaczeni sąsiedzi błagają o pomoc. "Wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli"
Przez piętnaście lat mieszkańcy jednego z bloków na warszawskim Gocławiu żyli w strachu i bezsilności. W mieszkaniu 80-letniego pana Bogusława rosła góra śmieci, mebli i odpadów. Pojawiły się pluskwy, ptaki, robactwo i fetor. Gdy w końcu mróz rozsadził kaloryfer, a czarna woda zalała cały pion, sąsiedzi powiedzieli dość. Dopiero katastrofa zmusiła seniora do zgody na interwencję.
- Od niewinnego łóżka do góry śmieci
- Zalany blok i strach przed wybuchem
- Interwencja po latach. Czy to coś zmieni?
Od niewinnego łóżka do góry śmieci
Historia pana Bogusława zaczęła się – jak mówią sąsiedzi – zupełnie niewinnie. Ktoś chciał oddać stare łóżko, on zgodził się je wziąć. Później pojawił się materac, krzesła, stół. Z czasem do mieszkania trafiało coraz więcej rzeczy. I tak przez kilkanaście lat dwa pokoje z kuchnią stopniowo zamieniły się w składowisko.
– On od jakichś 15 lat to zbiera. Najpierw były meble „dla mamy na wsi”, a potem wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli – opowiada jeden z mieszkańców bloku.
Z czasem w mieszkaniu pojawiły się pluskwy, muchy, a nawet ptaki. Administracja zdecydowała się zamontować siatkę, bo wcześniej gołębie zakładały tam lęgi. Sąsiedzi nie mają wątpliwości, że część ptactwa mogła tam paść.
– Boimy się, co będzie, jak przyjdą upały. To wszystko gnije. Smród, robactwo, zagrożenie sanitarne – mówi mieszkanka osiedla.
Problem był znany od lat, ale wszyscy rozbijali się o mur bezradności. Mieszkanie było własnościowe. A to oznaczało, że bez zgody właściciela niewiele dało się zrobić.
– To jego prywatna własność, chroniona konstytucyjnie. Jako spółdzielnia mogliśmy działać tylko przez negocjacje albo iść do sądu, co trwa latami – tłumaczy Krzysztof Sieczyński, wiceprezes Spółdzielni Mieszkaniowej Gocław-Lotnisko.
Zalany blok i strach przed wybuchem
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy doszło do katastrofy. Podczas silnych mrozów w mieszkaniu pana Bogusława pękł kaloryfer. Woda zaczęła lać się strumieniami.
– To był rzęsisty deszcz. Woda była zimna, brudna, czarna. U mnie wszystko pływało – wspomina jedna z lokatorek.
Woda wylewała się na klatkę schodową, do szybu windowego, a nawet do piwnic. Mieszkańcy biegali z wiadrami, próbując ratować dobytek.
– On mieszka na szóstym piętrze, a ja byłem w piwnicy przy zaworach i tam też już lało – relacjonuje jeden z lokatorów.
To jednak nie był jedyny strach. Sąsiedzi od dawna obawiali się, że w mieszkaniu może dojść do tragedii.
– Gaz nie jest sprawdzany, wentylacja nie działa. My się boimy, że on nas kiedyś wysadzi w powietrze – mówi jedna z kobiet.
Dopiero zalanie całego pionu sprawiło, że 80-latek się przestraszył. Podpisał oświadczenie, w którym zgodził się na wejście do lokalu i jego opróżnienie. Na miejscu pojawił się nawet dzielnicowy, który zabezpieczał działania spółdzielni. Dla mieszkańców to był moment ulgi, ale i niedowierzania.
– Trudno było uwierzyć, że to naprawdę się dzieje i że to koniec naszego koszmaru – mówią.
Interwencja po latach. Czy to coś zmieni?
Do mieszkania weszła firma sprzątająca. Już pierwsze oględziny pokazały, że skala problemu jest ogromna.
– Myślałem, że to będą dwa, trzy dni pracy. Teraz wiem, że co najmniej pięć dni i potrzebuję kilku dodatkowych ludzi. Tam są tony mebli i odpadów – mówi pan Adam, właściciel firmy.
Tymczasem sam pan Bogusław od kilku lat… nie mieszka w swoim lokalu. Śpi w samochodzie zaparkowanym pod blokiem. Według sąsiadów zmieniał auta, nocując w kolejnych. W czasie mrozów administracja przynosiła mu ciepłe posiłki, ale mężczyzna odrzucał inne formy pomocy.
– Była opieka społeczna, psycholog, MOPS. On po prostu nie otwierał drzwi. Gdy proponowaliśmy pomoc, stawał się agresywny – opowiada mieszkanka.
Urzędnicy rozkładają ręce. Jak podkreślają, nie można zmusić dorosłego człowieka do przyjęcia wsparcia.
– Interwencja jest możliwa tylko wtedy, gdy jego zachowanie zagraża życiu lub zdrowiu – wyjaśnia Michał Szweycer z Urzędu Dzielnicy Praga-Południe. – To trudne decyzje, często wymagające postanowień sądu.
Firma sprzątająca odda mieszkanie „pod klucz”. Puste, z gołymi ścianami. Ale nawet to nie daje sąsiadom spokoju.
– Jest niemal pewne, że on zacznie to samo od nowa. Wejdzie do pustego mieszkania i nie będzie szczęśliwy – przyznaje pan Adam.
Podobnie uważają mieszkańcy bloku.
– To człowiek w głębokiej potrzebie pomocy. Na pierwszy rzut oka logiczny, ale całokształt jego życia pokazuje, że sam sobie nie radzi – podsumowuje jeden z nich.
Czy interwencja po 15 latach coś zmieni? Na to pytanie nikt dziś nie potrafi odpowiedzieć. Jedno jest pewne: dramat pana Bogusława to nie tylko historia o śmieciach, ale o samotności, bezradności systemu i ludziach, którzy przez lata żyli w cieniu tykającej bomby.