„Nigdy tego widoku nie zapomnę”. Koszmar w Ustce po ataku n**ownika. Wstrząsająca relacja świadków
Krzyki, krew i rozpacz. Spokojny blok w Ustce zamienił się w miejsce niewyobrażalnej tragedii. 44-letni funkcjonariusz SOP zaatakował nożem swoją rodzinę. Zginęła jego 4-letnia córka. Świadkowie próbowali ratować rannych, narażając własne życie. — To był koszmar. Mój mąż pobiegł na pomoc, gdy ludzie krzyczeli, że on ma nóż i że są dzieci — mówi w rozmowie z „Faktem” pani Julia, która widziała dramat na własne oczy.
- Krzyki na klatce schodowej. Sąsiedzi ruszyli na pomoc
- Interwencja policji i oficjalne informacje
- „Do dziś nie mogę się z tego otrząsnąć”
Krzyki na klatce schodowej. Sąsiedzi ruszyli na pomoc
Do zdarzenia doszło w poniedziałek, 26 stycznia, około godziny 21.30 w jednym z bloków przy ul. Bałtyckiej w Ustce (woj. pomorskie). Ciszę przerwały nagłe krzyki dobiegające z wyższego piętra. — Usłyszeliśmy wołanie o pomoc. Ktoś krzyczał, że w mieszkaniu są dzieci i że dzieje się coś bardzo złego — relacjonuje pani Julia, mieszkanka parteru.
Jej mąż natychmiast zareagował i pobiegł piętro wyżej. — Drzwi do mieszkania były otwarte. W środku panował chaos. Widać było, że doszło do bardzo poważnej sytuacji — opowiada kobieta. Jak podkreśla, kilka osób próbowało pomóc i uspokoić agresywnego mężczyznę.
— Mój mąż szybko tam wybiegł, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Drzwi do tamtego mieszkania były otwarte, mąż tam wszedł, widział, jak ten napastnik dźga kobietę. Mąż wziął wazon i rozbił go na głowie tego mężczyzny, ale nic to nie dało. On był pod wpływem chyba jakiejś takiej adrenaliny, że nic nie dało się zrobić. Jeden pan, chyba teść tego napastnika, krzesło rozwalił i to też nie pomogło. Wiem, że ten pan też został ranny, podobno w szyję — mówi pani Julia. Gdy stało się jasne, że dalsza pomoc ze strony sąsiadów nie jest możliwa, natychmiast wezwano policję.
Interwencja policji i oficjalne informacje
Informacje o zdarzeniu potwierdza policja. — Około godz. 21.30 otrzymaliśmy zgłoszenie o awanturze domowej w jednym z mieszkań w Ustce — przekazał „Faktowi” podkom. Jakub Bagiński, rzecznik Komendanta Miejskiego Policji w Słupsku.
Na miejscu funkcjonariusze obezwładnili 44-letniego mężczyznę, który — według ustaleń śledczych — zranił członków swojej rodziny oraz siebie. — Pomimo długotrwałej reanimacji życia 4-letniej dziewczynki nie udało się uratować — poinformowała policja. Pozostałe osoby poszkodowane trafiły do szpitali.
Jak ustalono, zatrzymany mężczyzna jest funkcjonariuszem Służby Ochrony Państwa. Został przewieziony do szpitala pod nadzorem policji. Sprawą zajmuje się prokuratura, która prowadzi dalsze czynności wyjaśniające. Na obecnym etapie nie są podawane przyczyny ani motywy jego działania.
„Do dziś nie mogę się z tego otrząsnąć”
Pani Julia przyznaje, że obrazy z tamtego wieczoru wciąż do niej wracają. — Na klatce schodowej leżała ranna kobieta. Później, już pod naszym mieszkaniem, ratownicy walczyli o życie małego dziecka. To był straszny widok — mówi.
Nigdy tego widoku nie zapomnę. Na klatce leżała kobieta, wszędzie było pełno krwi, ona też była cała zakrwawiona. Też chciałam pomóc ratować tych ludzi, ale nie było jeszcze policji, mąż kazał mi się schować do mieszkania. Ta dziewczynka. Boże, prawie godzinę ją reanimowali u nas pod drzwiami. Nigdy tego widoku nie zapomnę - relacjonuje pani Julia.
W mieszkaniu znajdowało się także drugie dziecko. — Starszy chłopiec zdołał uciec do sąsiadki piętro wyżej. Był lekko ranny, ale przy wyjściu z budynku był przytomny — relacjonuje świadek.
Jak podkreśla, wcześniej nic nie wskazywało na to, że może dojść do tragedii. — Nie słyszeliśmy żadnych kłótni. Wszystko wydarzyło się bardzo nagle — mówi.
Mieszkanka Ustki dodaje, że rodzina nie była znana sąsiadom. — Dowiedzieliśmy się później, że przyjechali tu na ferie i wynajęli mieszkanie. Nigdy wcześniej ich nie widziałam — przyznaje.
— To była pierwsza taka sytuacja w moim życiu. Do dziś mam wrażenie, że to był jakiś straszny sen — podsumowuje pani Julia.