Osiągnięto porozumienie w rozmowach. Ukraina potwierdza
Od kilku dni dyplomatyczne telefony rozgrzane są do czerwoności, a kuluary mówią o „przełomie”. Z Kijowa padają sygnały, które jedni czytają jako zielone światło, inni jako ostrożne „zobaczymy”. Co faktycznie ustalono między Ukrainą, USA i – pośrednio – Rosją? I czy to już pokój, czy dopiero obrys mapy bez szczegółów?
„Jest zrozumienie”, ale nie ma finału
Ukraińscy urzędnicy sygnalizują, że Kijów wstępnie przyjął ramy amerykańskiej propozycji — z wyraźnym zastrzeżeniem, że najbardziej wrażliwe punkty mają zostać dopracowane podczas listopadowego spotkania Zełenski–Trump. Taką wersję przedstawia m.in. Reuters, zwracając uwagę, że Moskwa wciąż publicznie nie potwierdziła zgody na kluczowe elementy układu. W amerykańskich mediach pojawia się natomiast narracja, że „zostały drobne szczegóły”, choć nawet tam podkreśla się, że kaliber owych „szczegółów” bywa politycznie ogromny.
„Guardian” studzi nastroje znacznie mocniej: według brytyjskiej gazety osiągnięto jedynie „wspólne zrozumienie” kierunku rozmów, ale wciąż brakuje rozstrzygnięć dotyczących najdelikatniejszych zapisów. W praktyce oznacza to, że ewentualny przełom nadal jest warunkowy i zależny od decyzji, które mogą zaważyć nie tylko na przyszłości Ukrainy, lecz również na relacjach w całym euroatlantyckim układzie sił.
Co udało się ustalić?
Co w planie? I gdzie robi się gorąco
Tu zaczynają się schody. Według relacji opartych o Financial Times, omawiana wersja przewidywała m.in. limit wielkości ukraińskiej armii (w wariancie roboczym: 800 tys. żołnierzy), czyli mechanizm ograniczeń po wojnie – coś w rodzaju zbrojnego „hamulca bezpieczeństwa”. (Mówiąc po ludzku: armia byłaby duża, ale z góry przycięta do sufitu.) Te doniesienia przytacza „Kyiv Independent”. Inne źródła twierdzą jednak, że najnowsza iteracja dokumentu nie zawiera już sztywnego limitu – to wersja z przecieków do ABC News. Spór dotyczy też tego, czy „zawieszenie broni” poprzedzi rozmowę o granicach, czy odwrotnie.
Tu opinie są jak w kalejdoskopie, co dobrze oddaje nasz tekst o odpowiedzi Zełenskiego na „plan Trumpa” – warto zajrzeć dla kontekstu i chronologii. Dla porządku: amerykańską dyplomacją kieruje dziś Marco Rubio, potwierdzony przez Senat 20 stycznia 2025 r., co tłumaczy jego aktywną rolę w genewskich spotkaniach. A tu relacja agencyjna, na której dziś najbardziej polegają rządy i rynki.
Co dalej?
Co to znaczy dla Polski i Europy?
Jeśli „ramy” przełożą się na podpisy, w krótkim terminie zobaczymy spadek ryzyka eskalacji i – brutalnie mówiąc – oddech dla budżetów obronnych w UE. Ale diabeł siedzi w szczegółach: czy Kijów dostanie twarde gwarancje bezpieczeństwa (w duchu art. 5 NATO, tylko inaczej nazwane), czy raczej „parasol z dziurką”? Tego jeszcze nie wiemy. W praktyce Warszawa musi grać na dwa fortepiany: wspierać rozwiązanie, które nie cementuje rosyjskich zdobyczy, i równocześnie przygotować plan B na wypadek przeciągania liny.
Bo jeśli Moskwa uzna, że czas gra na jej korzyść, rozmowy „na ostatniej prostej” mogą trwać jeszcze długo. A smaczek? Według korytarzowych relacji negocjatorzy już żartują, że plan miał 28 punktów, potem „odchudzono” go do nieco mniej – i każdy z tych „mniej” waży dziś tonę. Oby nie okazało się, że z diety wyszła głodówka dla bezpieczeństwa regionu.