W PRL-u to był hit. Teraz o tej grze mało kto pamięta. A wystarczy tylko kartka i długopis
W czasach PRL-u, gdy zaawansowana elektronika domowa pozostawała jedynie w sferze odległych marzeń, a na sklepowych półkach brakowało nawet najbardziej podstawowych produktów, Polacy musieli wykazywać się ogromną pomysłowością w organizowaniu wolnego czasu.
Mimo szarej i często skromnej codzienności, w polskich domach, szkołach oraz na podwórkach kwitło niezwykle bujne życie towarzyskie. Powszechnym uznaniem cieszyły się wszelkiego rodzaju gry towarzyskie, planszówki oraz karcianki, które potrafiły wciągnąć bez reszty całe pokolenia. Wśród nich na szczególne wyróżnienie zasługuje bezpretensjonalna, a zarazem genialna zabawa, do której uruchomienia wystarczyły zaledwie dwie osoby, dwie kartki oraz dwa długopisy.
Kultowa gra w PRL-u
Gra w statki zyskała w Polsce czasów minionego ustroju status prawdziwego fenomenu społecznego, będąc idealnym panaceum na rynkowy niedobór fabrycznych zabawek. Choć wielu kojarzy ją wyłącznie z realiami bloku wschodniego, jej niezwykła historia sięga znacznie dalej. Zabawa została stworzona na początku XX wieku przez Clifforda Von Vicklera, a w 1943 roku officially opatentowała ją amerykańska firma Milton Bradley Company.
W polskich warunkach jej największym atutem była całkowita bezkosztowość oraz prostota – do przeprowadzenia pasjonującej, strategicznej bitwy morskiej nie trzeba było wydawać ani grosza, co czyniło z niej stałą rozrywkę na szkolnych przerwach, podnoszących poziom emocji nudnych lekcjach czy podczas długich, zimowych wieczorów.
Zasady gry
Zasady gry w okręty pozostawały niezwykle przejrzyste, lecz wymagały od graczy sprytu i logicznego myślenia. Każdy z dwóch uczestników dysponował dwiema ponumerowanymi planszami o wymiarach dziesięć na dziesięć pól, oznaczonych współrzędnymi od A do J oraz od 1 do 10. Na pierwszej siatce gracz w tajemnicy rozmieszczał własną flotę – składającą się z jednostek o różnej długości – zaś na drugiej zaznaczał swoje celne strzały oraz chybione próby.
Zadanie polegało na podawaniu kolejnych współrzędnych i odgadywaniu położenia wrogich okrętów. Trafienie we wszystkie pola danej jednostki oznaczało jej ostateczne zatopienie, a wygraną świętował ten ze strategów, który jako pierwszy posłał na dno całą flotę przeciwnika.
Te gry uwielbiano w PRL-u!
Okręty nie były jednak jedyną formą spędzania czasu w tamtej wyjątkowej epoce. Podczas gdy najmłodsi większość popołudni spędzali beztrosko na podwórkach, brawurowo grając w klasyczną Zośkę, w klasy czy w głupiego Jasia, starsi z równym zapałem oddawali się domowym uciechom.
Okres PRL-u stał bowiem bezsprzecznie pod znakiem tradycyjnych kart. W niemal każdym domu z wypiekami na twarzy rozgrywano emocjonujące partie brydża, tysiąca, remika, makao czy pokera. Wieczne spotkania przy stole z kartami i herbatą w szklance z koszyczkiem stanowiły ważny rytuał budujący więzi sąsiedzkie i rodzinne.