Horror w Trójmieście. Samochód wpadł do jeziora, w środku byli ludzie. Szokujące okoliczności
Zamarznięta tafla jeziora w Szczerbięcinie (gmina Tczew, woj. pomorskie) zamieniła się w pułapkę, kiedy dwóch mężczyzn zdecydowało się wjechać tam samochodem. Lód nie wytrzymał — auto zniknęło pod wodą, a na powierzchni został widoczny tylko dach. Szokujący moment zarejestrował świadek.
- Samochód wpadł do jeziora
- Akcja ratunkowa
- Jak doszło do tragedii u progu zimy?
Samochód wpadł do jeziora
W sobotę rano, 10 stycznia 2026 r., doszło do dramatycznego zdarzenia na zamarzniętym jeziorze w Szczerbięcinie w gminie Tczew. Dwóch mężczyzn postanowiło przejechać się samochodem osobowym po lodzie. Chwilę po wjechaniu na środek jeziora, pod ciężarem pojazdu lód gwałtownie się załamał.
Świadkowie, którzy obserwowali pojazd, nagrali moment jazdy — w kilku ujęciach widać, jak samochód porusza się po lodowej powierzchni, po czym nagle znika pod nią. Gdy służby dotarły na miejsce, z odległości około 100–150 metrów od brzegu widoczny był już tylko dach auta, będącego częściowo pod wodą. Jak relacjonował kpt. Konrad Majewski z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Tczewie, służby były zaskoczone zgłoszeniem.
Na miejscu natychmiast podjęto działania ratownicze. Strażacy mieli pełne ręce roboty, wkrótce rozpoczęli działania zabezpieczające i poszukiwawcze wokół miejsca zdarzenia. Ukazał się dramatyczny obraz niebezpieczeństwa, jakie niesie ignorowanie ostrzeżeń o kruchym lodzie.
Akcja ratunkowa
Po zgłoszeniu o wypadku, straż pożarna natychmiast zadysponowała siedem zastępów ratunkowych, w tym Specjalistyczną Grupę Ratownictwa Wodno-Nurkowego z Gdańska. Na miejsce dotarli także funkcjonariusze policji oraz Zespół Ratownictwa Medycznego.
Strażacy, zabezpieczeni w kombinezony ochronne, forsowali kruchy lód, aby dotrzeć do zatopionego samochodu i sprawdzić, czy w jego wnętrzu nie znajdują się kolejne osoby. Choć auto było już pod wodą i niestabilne, ratownicy musieli działać szybko i ostrożnie, by uniknąć własnego wpadnięcia pod lód.
Na szczęście oba mężczyźni, którzy wcześniej wjechali na taflę jeziora, zdołali opuścić pojazd o własnych siłach jeszcze przed przybyciem służb. Najpierw wydostali się z samochodu, a następnie, pokonując lodowe pęknięcia, przeszli na brzeg. Świadkowie zdarzenia przekazali strażakom, że wyszli z wody samodzielnie.
Informację dostaliśmy o godz. 10:14. W lakonicznym zgłoszeniu były tylko informacje o rozlewisku, samochodzie jadącym po lodzie i widocznym jedynie dachu. Na miejsce od razu rozdysponowałem dwa zastępy OSP plus specjalistów z Grupy Wodno-Nurkową z Gdańska. Ostatecznie na miejsce przyjechało siedem zastępów, czyli 24 strażaków — przekazał "Faktowi" kpt. Konrad Majewski.
Ratownicy potwierdzili, że nikt więcej nie znajduje się w środku, po czym kontynuowali działania związane z zabezpieczeniem i wydobyciem pojazdu z jeziora. W akcji wykorzystano wyciągarkę oraz specjalistyczny sprzęt.
Jak doszło do tragedii u progu zimy?
Do zdarzenia doszło około godziny 10:00 rano, kiedy temperatura powietrza i pogodowe warunki sprawiały wrażenie bezpiecznej zimowej aury. Jednak pokrywa lodowa na jeziorze nie miała odpowiedniej grubości, by utrzymać ciężar samochodu osobowego.
Świadkowie, którzy widzieli zdarzenie opowiedzieli, że dwóch mężczyzn, którzy podróżowali tym samochodem, zaraz po tym, jak lód się załamał, wydostali się o własnych siłach - najpierw z tego pojazdu, a później z wody na taflę lodu i udali się na brzeg - powiedział.
Jak wynika z relacji służb, kierowca i pasażer widocznie zlekceważyli ryzyko związane z wjazdem na taflę jeziora. Według strażaka, kpt. Konrada Majewskiego, całe zgłoszenie było „dosyć wyjątkowe”, ponieważ tego typu zachowania są powszechnie oceniane jako nieodpowiedzialne i niezgodne z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa.
Ciekawostką może być to, że wycieraczki jeszcze działały, kiedy auto było zanurzone. Cóż całe zgłoszenie było dosyć wyjątkowym. Myśleliśmy, że każdy rozsądny człowiek wie, że nie należy wjeżdżać samochodem na zamarznięte jezioro – przekazał w rozmowie z „Faktem”.
Lód, choć pokryty śniegiem i wyglądający na stabilny, różnił się grubością w zależności od miejsca. W rejonie środka zbiornika mógł być znacznie bardziej kruchy niż przy brzegu — co w połączeniu z ciężarem pojazdu doprowadziło do jego załamania.
Strażacy i policjanci apelują do mieszkańców oraz wszystkich spacerowiczów, by unikać jazdy lub chodzenia po zamarzniętych zbiornikach wodnych, zwłaszcza tam, gdzie nie ma wyraźnych zabezpieczeń i informacji o bezpieczeństwie lodu. Każdego roku takie lekkomyślne decyzje kończą się tragicznie.