Nie żyje syn znanego polityka. Poruszające słowa ojca łamią serce
To, co miało być bezpiecznym etapem leczenia i stabilizacji, zakończyło się nagle i w sposób, który do dziś budzi poważne wątpliwości. Rodzina 38-letniego mężczyzny domaga się odpowiedzi, a śledczy sprawdzają, czy nie doszło do serii zaniedbań, które mogły mieć tragiczne konsekwencje.
- Noc, która wymknęła się spod kontroli
- Życie naznaczone stratą i walka o trzeźwość
- Śledztwo, zarzuty i pytania o odpowiedzialność
Noc, która wymknęła się spod kontroli
Do dramatycznych wydarzeń doszło na jednym z oddziałów psychiatrycznych warszawskiego szpitala przy ul. Nowowiejskiej. Pacjent, który kilka dni wcześniej trafił tam w celu ustabilizowania leczenia, zmarł po nocnych zdarzeniach, których przebieg jest dziś przedmiotem intensywnego śledztwa. Według relacji pojawiających się w materiałach śledczych oraz w doniesieniach medialnych, atmosfera na oddziale daleka była od tej, jakiej można oczekiwać w placówce medycznej.
W godzinach nocnych miało dojść do nieformalnego spotkania pacjentów w części wspólnej oddziału. Pojawiły się informacje o zażywaniu substancji psychoaktywnych, które w niejasny sposób znalazły się na terenie szpitala. Część pacjentów miała później wrócić do swoich sal, jednak w jednym z pomieszczeń stan jednego z mężczyzn zaczął się gwałtownie pogarszać.
Świadkowie mówią o drgawkach, dezorientacji i wyraźnych sygnałach zagrożenia życia. Według tych relacji próby alarmowania personelu nie przyniosły natychmiastowej reakcji. Sytuacja stała się krytyczna nad ranem, kiedy to wezwanie pomocy nastąpiło już z pominięciem szpitalnych procedur. Przybyli na miejsce ratownicy stwierdzili zgon 38-letniego pacjenta. W tym samym czasie inny uczestnik nocnych wydarzeń również wymagał pilnej pomocy medycznej.
Maciej Bubel, 38-letni syn byłego polityka Leszka Bubla, został przyjęty 10 kwietnia 2025 roku na oddział psychiatryczny warszawskiego szpitala przy ulicy Nowowiejskiej. Dwa dni później nie żył. Jego ciało odnaleziono w sali chorych, na łóżku, które dzielił z innymi pacjentami. Rodzina do dziś nie potrafi pogodzić się z okolicznościami tej tragedii. Ojciec zmarłego po raz pierwszy zdecydował się szerzej opowiedzieć o wydarzeniach, które doprowadziły do śmierci jego syna.
Do dramatu doszło na III Oddziale Psychiatrycznym. Jak wynika z ustaleń, w nocy część pacjentów zgromadziła się w świetlicy. Spotkanie miało przerodzić się w nieformalną „imprezę”, podczas której zażywano substancje psychoaktywne, które w niewyjaśniony sposób znalazły się na terenie szpitala.
Maciej Bubel wcześniej przebywał w holu, gdzie oglądał telewizję. Później wrócił do swojej sali, wziął prysznic i położył się spać. Po północy jego stan gwałtownie się pogorszył — dostał drgawek. Współpacjenci mieli kilkukrotnie alarmować personel, jednak, jak twierdzą, nie doczekali się reakcji. Dopiero około czwartej nad ranem pacjentki z oddziału samodzielnie wezwały karetkę. Przybyli ratownicy stwierdzili zgon 38-latka.
W tym samym czasie źle poczuł się również inny uczestnik nocnego spotkania — 22-letni Eryk B. Został przewieziony do szpitala, a następnie na komisariat. Podczas przesłuchania doszło u niego do zatrzymania krążenia. Po skutecznej reanimacji trafił ponownie pod opiekę lekarzy. Kilka dni później jego oraz Natalię G.-J. zatrzymano pod zarzutem związanym z udostępnianiem środków odurzających innym pacjentom.
Maciej Bubel pracował jako szef zmiany w kuchni jednego z warszawskich hoteli. Był pasjonatem gotowania, sportu i aktywnego trybu życia. Marzył o otwarciu własnej restauracji. Jego życie zmieniło się po śmierci ukochanej kobiety, z którą planował ślub. To wtedy zaczął zmagać się z uzależnieniem od alkoholu.
Jak relacjonuje jego ojciec, przez ponad rok Maciej regularnie korzystał z pomocy specjalistów — uczęszczał na terapię, spotykał się z psychologiem, a w 2024 roku odbył dwumiesięczne leczenie odwykowe w Jastrzębiej Górze. Choć terapia przyniosła poprawę, choroba nie odpuściła. Na początku kwietnia 2025 roku trafił na SOR po połączeniu alkoholu z lekami nasennymi. Po krótkiej hospitalizacji został wypisany do domu.
Lekarz przyjechał i poinformował, że zabierają go na SOR w Międzylesiu. Tam dostał kroplówkę i następnego dnia o godz. 12 powiedzieli, że go wypisują, bo już jest w dobrym stanie — opowiada Leszek.
Stan 38-latka jednak ponownie się pogorszył. Pojawiły się silne lęki, drżenie i nadpobudliwość. Po kolejnej interwencji pogotowia trafił na oddział psychiatryczny przy Nowowiejskiej — miejsce, które miało pomóc mu ustabilizować leczenie.
Leszek Bubel nie kryje żalu i poczucia winy. W rozmowie przyznaje, że w dniu śmierci syna rozmawiał z nim telefonicznie. Maciej opowiadał, że na oddziale była policja z psem, która przeszukiwała pomieszczenia w poszukiwaniu narkotyków. To wzbudziło niepokój ojca.
— Chciałem go stamtąd zabrać, ale powiedział, że za dwa dni i tak wychodzi — wspomina. — Dziś wiem, że to był błąd.
Ojciec zmarłego zarzuca placówce brak nadzoru i kontroli. Jego zdaniem nikt nie sprawdzał, cto trafia na oddział ani co dzieje się w nocy z pacjentami. Podkreśla również, że to chorzy wezwali pogotowie, a nie personel medyczny.
Rano Maciek zadzwonił i powiedział, że była policja z psem i szukali prochów. Trochę się zdziwiłem. Chciałem go stamtąd zabrać, ale powiedział mi, że jeszcze dwa dni i wyjdzie. Chcę powiedzieć to otwarcie, że nikt nie kontrolował tego, co się tam dzieje, nie sprawdzał odwiedzających, co wnoszą, czy pacjenci w salach są bezpieczni i nie robią nic złego. To pacjenci wezwali pogotowie na oddział, nie personel — mówi pan Leszek
Rodzina domaga się rzetelnego wyjaśnienia sprawy i odpowiedzi na pytanie, czy śmierci Macieja Bubla można było zapobiec. Sprawą zajmuje się prokuratura, która bada zarówno wątek narkotyków, jak i ewentualnych zaniedbań ze strony personelu szpitala.

Życie naznaczone stratą i walka o trzeźwość
Zmarły mężczyzna był cenionym pracownikiem branży gastronomicznej, związanym zawodowo z jednym z renomowanych warszawskich hoteli. Bliscy wspominają go jako osobę ambitną, pracowitą i pełną planów. Przez lata rozwijał swoją pasję do gotowania, a jego marzeniem było otwarcie własnej restauracji.
Punktem zwrotnym w jego życiu okazała się osobista tragedia – śmierć partnerki, z którą planował wspólną przyszłość. To wydarzenie zapoczątkowało długą i trudną walkę z uzależnieniem od alkoholu. Mężczyzna nie unikał leczenia. Regularnie uczestniczył w terapii, korzystał z pomocy specjalistów i podejmował próby powrotu do stabilnego życia.
Kilka miesięcy przed śmiercią przeszedł leczenie stacjonarne w innym ośrodku, które przyniosło poprawę. Jednak kryzys psychiczny, który pojawił się na początku kwietnia, sprawił, że konieczna była kolejna interwencja medyczna. Rodzina wierzyła, że pobyt na oddziale psychiatrycznym zapewni mu bezpieczeństwo i fachową opiekę. Dziś bliscy mówią wprost o poczuciu zawodu i stracie zaufania do systemu, który miał chronić, a nie narażać.
Śledztwo, zarzuty i pytania o odpowiedzialność
Po śmierci pacjenta prokuratura wszczęła postępowanie, którego celem jest szczegółowe odtworzenie przebiegu zdarzeń oraz ustalenie, czy doszło do naruszenia prawa. Zarzuty usłyszały osoby uczestniczące w nocnych wydarzeniach – dotyczą one ułatwiania lub umożliwiania zażywania substancji odurzających. Równolegle analizowane są działania personelu medycznego.
Śledczy sprawdzają, czy doszło do zaniechania obowiązków, narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia oraz czy system nadzoru na oddziale działał prawidłowo. Kluczowe znaczenie mają zeznania pacjentów, zapisy dyżurów oraz procedury obowiązujące w placówce, zwłaszcza w godzinach nocnych.
Sprawa wzbudziła także szerszą dyskusję o kondycji polskiej psychiatrii stacjonarnej. Eksperci zwracają uwagę na problemy kadrowe, przeciążenie personelu i trudności w zapewnieniu realnego bezpieczeństwa pacjentom wymagającym szczególnej opieki. Oddziały psychiatryczne to miejsca, w których margines błędu powinien być minimalny – każda chwila zwłoki może mieć nieodwracalne skutki.
Dla ojca zmarłego mężczyzny śledztwo to nie tylko formalna procedura, ale walka o prawdę i odpowiedzialność. Rodzina liczy, że sprawa nie zakończy się na pojedynczych zarzutach, a jej finałem będą realne wnioski i zmiany, które zapobiegną podobnym tragediom w przyszłości.
Jak przyjmowali go do szpitala, Maciek był spokojny i kontaktowy. Zrobili mu badania i był czysty jak łza. Tam mu te leki zmieniali niemalże codziennie, bo się źle czuł. Dwa dni przed jego śmiercią rozmawiałem z jego lekarką i mówiła, że za dwa, trzy dni wyjdzie — tłumaczy ojciec Macka
Śmierć pacjenta na zamkniętym oddziale psychiatrycznym stała się bolesnym symbolem systemowych niedomagań. Dla bliskich to dramat, z którym będą żyć do końca życia. Dla instytucji państwowych – test, czy potrafią wyciągać konsekwencje tam, gdzie stawką jest ludzkie życie.
