Obca rakieta nad Polską. Naruszono granice. Ludzie nerwowo patrzeli w niebo
W nocy niebo nad Polską przeciął niespodziewany, świetlisty ślad. Mieszkańcy wschodu i centrum kraju z niedowierzaniem patrzyli w niebo – część z nich pomyślała, że to meteor, inny podejrzewali tajemniczy samolot lub nawet pocisk. Nikt nie spodziewał się, że to fragment obcej rakiety kosmicznej – a jednak tak było.
- Okoliczności zdarzenia
- Ustalenia służb
- Co przeleciało nad Polską?
Okoliczności zdarzenia
Wczesnym rankiem 3 lutego 2026 r. nad Polską pojawił się niezwykły spektakl na niebie – obiekt sunący z ogromną prędkością, otoczony ognistym śladem, który obserwowali mieszkańcy na szerokim obszarze kraju. Według ustaleń Polska Agencja Kosmiczna (POLSA), między około 4:40 a 5:30 czasu polskiego drugi człon rakiety kosmicznej Falcon 9 wszedł w atmosferę ziemską w sposób niekontrolowany.
Rakieta leciała wzdłuż przestrzeni nad Polską, co zostało potwierdzone w danych orbitalnych oraz obserwacjach służb monitorujących przestrzeń kosmiczną. POLSA potwierdziła, że obiekt odznaczony był numerem NORAD/COSPAR 67673 – dotyczył misji wynoszącej satelity Starlink w styczniu 2026 r., choć trajektoria wejścia oraz czas miały rozrzut dużej niepewności, co powodowało, że śledzenie i przewidywanie miejsca zejścia było utrudnione.
Mieszkańcy, którzy wstali wcześnie rano, widzieli spektakularne zjawisko na niebie – jasną smugę świetlną, która różniła się od zwykłych zjawisk astronomicznych. W mediach społecznościowych pojawiały się nagrania oraz opisy świadków, którzy początkowo nie wiedzieli, co obserwują. Dopiero później okazało się, że to nie asteroid czy kometa, lecz fragment innej rakiety wpadł w ziemską atmosferę.
Ponieważ lot tego typu zwykle wiąże się z kontrolowaną, planowaną deorbitacją, fakt, że tym razem rakieta nadlatywała „na żywo”, wywołał niepewność i nerwowe pytania wśród społeczeństwa. Ludzie opisywali chwilę jako zaskakującą, niektórzy szukali informacji w sieci, inni kontaktowali się z lokalnymi służbami, by zrozumieć, czy coś im zagraża.
Ustalenia służb
Po zjawisku pierwsze oficjalne komunikaty wyszły właśnie od POLSA – Polskiej Agencji Kosmicznej. Agencja potwierdziła, że obiekt, który przeleciał nad Polską i częściowo spłonął w atmosferze, był drugim członem rakiety Falcon 9 i że wejście w atmosferę miało charakter niekontrolowany. Trajektoria lotu była monitorowana w Europie, ale ze względu na anomalię w systemie deorbitacyjnym rakieta nie wykonała planowanego manewru, który miał sprowadzić jej fragmenty do bezpiecznego miejsca nad oceanem.
Jak podają specjaliści z POLSA i europejskich systemów śledzenia obiektów kosmicznych, ten typ rakiety jest regularnie obserwowany po zakończeniu misji – to standardowe praktyki, by przewidzieć wejście w atmosferę i potencjalne miejsca spadku. W tym przypadku jednak doszło do awarii manewru deorbitacyjnego, co sprawiło, że obiekt wszedł w atmosferę w mniej kontrolowany sposób niż planowano.
Rakieta zachowała się zgodnie z procedurami bezpieczeństwa - drugi stopień pozbył się pozostałości paliwa i gazów roboczych. Ten proces pozwolił rakiecie szybko obniżyć perygeum orbity z 246 do ok. 110 km
wyjaśnia Karol Wójciki ze strony z Głową w gwiazdach.
Na szczęście nie odnotowano szkód osobowych ani dużych strat materialnych – ani mieszkańcy, ani infrastruktura nie ucierpieli w wyniku zjawiska. Służby ratunkowe, w tym policja i straż, były przygotowane do interwencji w przypadku odnalezienia fragmentów, jednak wszystko zakończyło się bez poważniejszych incydentów.
Eksperci podkreślają, że choć takie zjawiska mogą wyglądać groźnie dla przeciętnego obserwatora, to międzynarodowe systemy monitoringu przestrzeni kosmicznej stale śledzą sytuację i ostrzegają o możliwych reentrych dużych obiektów. Działania te są prowadzone po to, by zminimalizować ryzyko dla ludności i infrastruktury.
Co przeleciało nad Polską?
Rakieta, która „przeleciała nad Polską”, to Falcon 9 – konstrukcja znana na całym świecie, stworzona przez amerykańską firmę SpaceX, należącą do Elona Muska. To rakieta nośna, która od lat służy do wynoszenia ładunków na orbitę, w tym satelitów i załóg astronautów.
Każda misja Falcon 9 składa się z różnych etapów. Gdy rakieta wynosi swój główny ładunek – na przykład satelity systemu Starlink – na odpowiednią orbitę, jej dolny stopień wraca na Ziemię, natomiast górny stopień wykonuje dodatkowe manewry, by wypuścić ładunek i następnie bezpiecznie zejść z orbity. Często ten drugi stopień zostaje następnie wysłany w kontrolowany lot w dół, tak by spłonąć w atmosferze nad oceanem i nie stwarzać zagrożenia dla ludzi.
W przypadku zdarzenia nad Polską coś poszło nie tak. Pojawiła się anomalia podczas manewru deorbitacji górnego stopnia: silnik, który miał umożliwić precyzyjne zejście, nie zadziałał jak planowano. W efekcie obiekt wszedł w atmosferę w sposób niekontrolowany, co doprowadziło do tego, że pewne fragmenty przetrwały spalanie i znalazły się bliżej powierzchni Ziemi.
To zdarzenie przypomina podobną sytuację sprzed roku, kiedy to fragmenty Falcona 9 spadły pod Poznaniem, choć i wtedy nikt nie ucierpiał. Takie przypadki są mimo wszystko relatywnie rzadkie i zwykle nie stanowią zagrożenia dla zdrowia czy życia ludzi, choć przypominają o rosnącej ilości śmieci kosmicznych krążących wokół Ziemi.