Świadek pożaru w Szwajcarii opowiada o dramatycznej akcji ratunkowej. Wyciągał dzieci gołymi rękami
Sylwestrowa noc w jednym z najbardziej znanych szwajcarskich kurortów miała być czasem radości i zabawy. Dla wielu osób zamieniła się jednak w dramat, który na zawsze zmienił ich życie. Jeden z mieszkańców Crans-Montany znalazł się w samym centrum wydarzeń i jako jeden z pierwszych ruszył z pomocą. Jego relacja pokazuje, jak cienka jest granica między świętowaniem a tragedią.
Pierwsze minuty po wybuchu pożaru i spontaniczna decyzja o pomocy
Chwilę po godzinie 1.20 w sylwestrową noc Paolo Campolo zauważył z okna swojego mieszkania niepokojącą łunę ognia unoszącą się nad pobliskim klubem. Niemal w tym samym czasie odebrał telefon od córki, która planowała spędzić wieczór w lokalu „Le Constellation”. Dziewczyna poinformowała go o dramatycznej sytuacji, do której właśnie doszło. Jak się później okazało, jej spóźnienie okazało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności – nie weszła do środka, a jej partner, który był już w klubie, zdołał się wydostać, choć w ciężkim stanie trafił do szpitala. Campolo nie analizował zagrożenia ani konsekwencji. Chwycił gaśnicę i natychmiast wybiegł z domu. Gdy dotarł na miejsce, szybko zorientował się, że płomienie rozprzestrzeniają się błyskawicznie, a wnętrze budynku wypełnia duszący dym. Zrozumiał, że gaszenie ognia nie ma sensu i jedyną szansą dla ludzi uwięzionych w środku jest znalezienie innego wyjścia.

Zablokowane wyjście i obraz, który paraliżuje
Mężczyzna dotarł do tylnych drzwi klubu, które były zamknięte lub zatarasowane od środka. Przez szybę zobaczył fragmenty ciał – dłonie i stopy leżące nieruchomo tuż za drzwiami. Ten widok nie pozostawiał wątpliwości, że po drugiej stronie znajdują się osoby w dramatycznej sytuacji. Do Campolo dołączył przypadkowy przechodzień i razem zaczęli desperacko próbować sforsować wejście. Jak później wspominał, do dziś nie wie, skąd wzięli siłę, by wyważyć drzwi, ale w końcu ustąpiły. W tej samej chwili na zewnątrz zaczęli wypadać młodzi ludzie — poparzeni, zdezorientowani, niektórzy przytomni, inni półżywi. Wśród krzyków słychać było wołania o pomoc w różnych językach. Campolo działał instynktownie, ignorując ból, strach i duszący dym, koncentrując się wyłącznie na ratowaniu kolejnych osób.
Ratowanie poparzonych i ciężar emocji
Wraz z nieznanym mężczyzną zaczął wynosić poszkodowanych z płonącego budynku. Wspomnienia z tych chwil są dla niego wyjątkowo bolesne. Jak przyznał później, nie czuł ani strachu, ani zmęczenia — liczyło się tylko jedno: wyciągnąć jak najwięcej ludzi. Chwytał poparzone dzieci i młodzież gołymi rękami, jeden po drugim, słysząc ich krzyki i błagania o pomoc. W jego głowie nieustannie pojawiała się myśl, że wśród nich mogły być jego własne dzieci. To właśnie ta świadomość napędzała go do dalszego działania. Choć obrazy z tamtej nocy na zawsze pozostaną w jego pamięci, odwaga i determinacja Campolo prawdopodobnie ocaliły życie kilku osób. Tragedia w Crans-Montana pokazała, jak szybko niewinna zabawa może przerodzić się w dramat, ale także jak ogromną siłę ma ludzka solidarność w obliczu śmiertelnego zagrożenia.
