Traktowali go jak Boga! Wymusił na nich przysięgę za mord**stwo 3 osób. Zbrodnia Połaniecka wstrząsnęła Polską
W polskiej tradycji wigilijna noc pasterki uchodzi za czas uświęconego pokoju, w którym nawet najgłębsze waśnie powinny ustąpić przed obietnicą pojednania. W mroźną noc z 24 na 25 grudnia 1976 roku na drodze między Połańcem a Zrębinem sacrum zderzyło się jednak z czystą, pierwotną grozą, dając początek jednej z najpotworniejszych zbrodni powojennej Polski.
Tragedia, w której życie straciła osiemnastoletnia, będąca w piątym miesiącu ciąży Krystyna Łukaszek, jej dwudziestopięcioletni mąż Stanisław oraz dwunastoletni brat Mieczysław Kalita, nie była dziełem obcych bandytów. Był to wyrachowany mord zgotowany przez sąsiadów pod wodzą bezwzględnego Jana Sojdy – zamożnego gospodarza i samozwańczego „króla Zrębina”, dla którego błahy weselny zatarg o jedzenie stał się pretekstem do krwawej wendety.
Tragedia na małej wsi
Zbrodnia została drobiazgowo zaplanowana pod osłoną kościelnych murów. Podstępnie wywabieni z nabożeństwa młodzi ludzie ruszyli w drogę powrotną pieszo, nie przeczuwając, że za ich plecami formuje się zbrojny konwój z fiatem i dwoma autobusami PKS pełnymi mieszkańców wsi. Na pustej szosie rozpętało się piekło: chłopiec został potrącony samochodem, a dorosłych katowano ciężkimi kluczami do kół w snopach reflektorów.
Przemocy dokonywano na oczach kilkudziesięciu sterroryzowanych pasażerów, którym zięć Sojdy groził śmiercią za jakąkolwiek próbę oporu. By zatrzeć ślady i upozorować wypadek drogowy, oprawcy przewieźli konające ofiary do rowu, po czym kierowca PKS-u najechał kołami autobusu na ciała, bezczeszcząc dodatkowo kobietę sfingowanym gwałtem.
Zmowa milczenia
Prawdziwy mrok tamtej nocy nie zakończył się jednak wraz ze zgaszeniem silników, lecz w makabrycznym rytuale zaprzysiężenia świadków. Wewnątrz autobusu Sojda zorganizował seans terroru: zmuszał sąsiadów do klękania, całowania krzyża i pieczętowania milczenia własną krwią, wyciskaną nakłutymi agrafką palcami.
Przez kolejne miesiące wieś spowijała żelazna zmowa milczenia, cementowana pogróżkami, jasnogórskimi medalikami i grubymi plikami banknotów wsuwanymi do kieszeni. W atmosferze paraliżującego lęku przed zemstą klanu nikt nie miał odwagi powiedzieć prawdy, a dorośli ludzie wypierali się nawet własnej obecności w autobusie.
Udało się ukarać winnych?
Przełamanie zmowy stało się dziełem heroicznej determinacji matki ofiar, Zdzisławy Kality, oraz dociekliwości milicjanta Janusza Ragana, który od początku powątpiewał w wersję wypadku. Ekshumacja w Krakowie bezlitośnie ujawniła zatajone ślady bestialskiego pobicia, a kłamstwo zaczęło pękać.
Proces w Sandomierzu obnażył jednak skalę moralnego upadku społeczności: ponad dwustu świadków w obliczu rozpaczy osieroconej matki demonstracyjnie zasłaniało się formułą „nie oświadczam się” lub odwoływało zeznania. Mimo desperackich matactw sprawiedliwość zatriumfowała – po rewizjach Sojda i jego szwagier Adaś zawiśli na szubienicy, a pozostali wspólnicy otrzymali wieloletnie wyroki.