Ciało Małgosi spalił w kominku, a resztę zabetonował. Koszmar
W kronikach polskiego sądownictwa rzadko zdarzają się sprawy, w których chłodna techniczna metodyka tak drastycznie splata się ze skrajnym okrucieństwem, a granica między sprawiedliwością a bezkarnością zależy od pojedynczej ekspertyzy. Wiosną 2024 roku w Chełmie Śląskim nagłe zniknięcie 32- letniej Małgorzaty W., matki dwójki małych dzieci, zapoczątkowało śledztwo, które szybko obnażyło najmroczniejsze pokłady ludzkiej psychiki.
Kobieta, której poszukiwania przez tygodnie mobilizowały lokalną społeczność, padła ofiarą zbrodni tak potwornej, że jej szczegóły do dziś budzą paraliżujący lęk. Dziś, po dwóch latach od tamtych wydarzeń, przed Sądem Okręgowym w Katowicach toczy się dramatyczna batalia, w której oskarżony inżynier próbuje zredukować makabrę do nieszczęśliwego wypadku, a zbolała rodzina wciąż czeka na ostateczny werdykt sprawiedliwości.
Znaleziono jej samochód
Początkowy scenariusz miał pozorować samobójstwo – porzucony nad jeziorem w Dziećkowicach samochód Małgorzaty miał skierować poszukiwania na fałszywy tor. Dopiero zdecydowane działania katowickich kryminalnych skruszyły opór jej partnera, trzydziestosiedmioletniego inżyniera technologa Mateusza M.
Mężczyzna początkowo przyznał się do zabójstwa, ujawniając przerażającą sekwencję zdarzeń: po domowej awanturze udusił kobietę, zepchnął ze schodów, a jej ciało zniósł do piwnicy. Tam, gdy na piętrze przebywał ich dwuletni syn, ciął zwłoki brzeszczotem, palił je w domowym kominku oraz metalowej beczce, by na koniec wymieszać spopielone szczątki z zaprawą cementową i zabetonować je w rejonie przydrożnych prac budowlanych.
Straszne, co jej zrobił
Na sali rozpraw pierwotna skrucha ustąpiła jednak miejsca wyrachowanej strategii procesowej. Oskarżony wycofał się z przyznania do morderstwa, forsując wersję o tragicznym w skutkach potknięciu partnerki na schodach, a wielodniowe, metodyczne niszczenie zwłok tłumacząc rzekomym działaniem w paraliżującym szoku i skrajnym stresie.
Wersję tę z oburzeniem i kategoryczną niezłomnością odrzucają bliscy zmarłej. Rodzina nie ma wątpliwości, że techniczne i systematyczne zacieranie śladów przez wykształconego inżyniera było zimną kalkulacją mającą uniemożliwić medycynie sądowej odtworzenie rzeczywistej przyczyny zgonu, a tłumaczenie się afektem stanowi cyniczną próbę ucieczki przed dożywotnim wyrokiem.
Kara adekwatna do zbrodni?
Wymiar sprawiedliwości znalazł się w proceduralnym impasie, w którym klucz do rozstrzygnięcia sporu spoczywa w rękach naukowców. Katowicki sąd od ponad roku oczekuje na kluczową opinię biegłych z prestiżowego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie.
To krakowscy eksperci z zakresu biomechaniki i rekonstrukcji zdarzeń mają jednoznacznie orzec, czy upadek ze schodów mógł w ogóle wywołać natychmiastową śmierć kobiety, jak twierdzi oskarżony. Stawka jest fundamentalna: w przypadku uznania zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem inżynierowi grozi dożywotnie pozbawienie wolności, podczas gdy przyjęcie wersji wypadku z nielegalnym zbezczeszczeniem zwłok ograniczyłoby karę zaledwie do siedmiu lat.