„Dach się wali!” - potem zapadła cisza. Ta tragedia wciąż boli. Dziś mija 20 lat
Najpierw był zwyczajny zimowy dzień i poczucie, że najgorsze już minęło. Kilkanaście sekund później czas się zatrzymał, a setki osób znalazły się w pułapce, z której wielu nigdy nie wyszło.
- Chwile przed tym, gdy wszystko runęło
- „Nigdy nie zapomnę twarzy ludzi, którzy tam zginęli”
- Pamięć, która nie gaśnie mimo upływu lat
Chwile przed tym, gdy wszystko runęło
Tego popołudnia nic nie wskazywało, że wydarzy się coś, co na zawsze zapisze się w historii Polski. W hali Międzynarodowe Targi Katowickie odbywała się wystawa gołębi pocztowych, która przyciągnęła niemal 700 wystawców i miłośników tej pasji z kraju i zagranicy. Było tłoczno, gwarno, a po południu coraz więcej osób zaczęło opuszczać obiekt, kierując się do domów.
Około godziny 17.15 spokój przerwał krzyk.
Dach się wali! - usłyszeli stojący w jednej z części hali.
Chwilę później zapadła ciemność. Zgasły światła, a z sufitu zaczęły spadać belki, fragmenty konstrukcji i tony śniegu.
Uciekamy! - wspominał po latach hodowca gołębi Michał Wiosna, który razem ze szwagrem w ostatniej chwili wybiegł z budynku.
Za nimi słychać było tylko dźwięk łamiącej się stali. Nie wszyscy zdążyli. Pod ciężarem zalegającego śniegu wadliwa konstrukcja dachu zaczęła się zapadać, odcinając drogi ucieczki. Ludzie zostali uwięzieni pod gruzami, w mroku, mrozie i narastającej panice. W jednej chwili wydarzenie, które miało być świętem hodowców, zamieniło się w koszmar.
„Nigdy nie zapomnę twarzy ludzi, którzy tam zginęli”
Akcja ratunkowa rozpoczęła się natychmiast i trwała nieprzerwanie przez wiele dni. Wzięło w niej udział ponad 1,3 tys. ratowników: strażaków, górników, policjantów, medyków i wolontariuszy. Tej nocy temperatura spadła do -15 stopni Celsjusza, a mimo to ratownicy bez wytchnienia przeszukiwali zwały betonu, stali i lodu, licząc na cud.
Nigdy nie zapomnę twarzy ludzi, którzy tam zginęli - mówił po latach w rozmowie z TVN24 Aleksander Malcher, który brał udział w akcji ratunkowej i jednocześnie szukał pod gruzami swoich dwóch braci. Otwierał worki z ciałami, modląc się, by ich tam nie zobaczyć. W katastrofie stracił ich obu.
Ratownik górniczy Jan Jafernik, mimo ogromnego doświadczenia zdobytego pod ziemią, przyznawał, że ta akcja nauczyła go pokory.
Masa ludzi pokrwawionych, panika - relacjonował.
Jego zespół uratował cztery osoby i wydobył 14 ciał. Nad ranem zapadła cisza, którą przerwało pianie koguta.
Jakby dał sygnał: tu już nie ma życia - wspominał.
Łącznie zginęło 65 osób. Kolejne 144 zostały ranne, a 26 doznało trwałego uszczerbku na zdrowiu. Ostatnie ciała wydobyto spod gruzów dopiero 14 lutego. Wśród ofiar byli obywatele Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Belgii i Holandii.
Pamięć, która nie gaśnie mimo upływu lat
Jedną z ofiar był m.in. Stanisław Kois - społecznik, wychowawca i były radny Tychów. Jego żona Grażyna do końca wierzyła, że mąż ocalał.
W nocy nagle poczułam, że mąż nie żyje. Tego się nie da wytłumaczyć - mówiła później.
Gdy otrzymała kopertę z jego rzeczami, widniał na niej numer 27.
Katastrofa w Katowicach została uznana za największą katastrofę budowlaną w powojennej historii Polski. Śledztwo wykazało, że jej przyczyną były poważne błędy w projekcie wykonawczym hali, który odbiegał od zatwierdzonego projektu budowlanego. Obiekt od początku był konstrukcyjną „bombą z opóźnionym zapłonem”, a intensywne opady śniegu tylko przyspieszyły tragedię.
Dziś, 20 lat później, pamięć o ofiarach wciąż jest żywa. Co roku 28 stycznia przy pomniku w pobliżu miejsca po zawalonej hali składane są kwiaty i zapalane znicze. To dzień, który na zawsze pozostanie symbolem bólu, straty i pytania, jak wielu tragedii można było uniknąć.